Myślenie pozytywne jest zdrowe i sensowne, ale tylko do momentu, w którym staje się niebezpieczne i szkodliwe. "Uśmiechaj się i jakoś to będzie" - to nie zawsze jest sensowna rada. 


Optymizm wszedł mi w krew i zgodnie z tym o czym pisałam Wam w tym tekście o martwieniu się, niespecjalnie widzę sens w rozmyślaniu i rozkładaniu na czynniki pierwsze wszystkich trudnych sytuacji. 

Jest jednak sporo takich okazji i zdarzeń, w których pozytywne myślenie to trochę za mało. Zwłaszcza jeśli traktujemy je stereotypowo i wiecznie liczymy na to, że "samo się ułoży". 

Dziś o takich sytuacjach. 


Pozytywne myślenie wszystko załatwia...

Chcesz mieć dobre życie, po prostu myśl pozytywnie! Twoje życie zależy od Twojego nastawienia!  - znacie? Na pewno! Jest w tym wiele dobrych intencji, tylko że dobrymi intencjami piekło wybrukowane...

To co myślisz, jest szalenie ważne, ale nie załatwia niczego. Myśl musi stać się ciałem, żeby zmieniła życie. Samo myślenie nie zmienia, może także być pułapką. 

Osoby zwiedzione hasłem "myśl pozytywnie" przestają postępować racjonalnie i kiedy pojawiają się wątpliwości albo przeciwności losu, nie potrafią sobie z nimi skutecznie radzić. 

Myśl pozytywnie, ale nie poprzestawaj na samym myśleniu i obserwuj, co się wokół Ciebie dzieje. Bierz też pod uwagę, że jest cały katalog sytuacji, w których pozytywne myślenie w karykaturalnej formie, raczej szkodzi niż pomaga. 



Kiedy pozytywne myślenie nie działa?!



Kiedy pozytywne myślenie szkodzi?


Pozytywne myślenie przy przeciążonej psychice odkłada tyko na termin późniejszy cały syf do przerobienia - napisała jedna z czytelniczek na FB

Jak w domu jest syf i lepi się podłoga, to trzeba posprzątać a nie psiukać odświerzaczem i udawać, że problemu nie ma - dodaje kolejna. Przecież bałagan jak był tak jest, a pozytywne nastawienie też się kiedyś skończy i co dalej?

W tym kontekście pozytywne myślenie jest przereklamowane i wręcz szkodzi. Wiele osób słysząc takie teksty myśli: Staram się myśleć pozytywnie, ale nic z tego nie wychodzi. Co jest ze mną nie tak?

Dlatego samo myślenie to za mało. Czasem jest ono po prostu ucieczką od problemów, udawaniem, że jak te swoje myśli i rzeczywistość w głowie ukwiecę i zabarwię na różowo, to problemy przestaną istnieć. A przecież to tak nie działa. 

Co warto wziąć sobie z pozytywnego myślenia przy życiowym "syfie"? Samo przeświadczenie, że sobie poradzę, że mogę przez to przejść i dam sobie radę. Bo w sumie czemu miałoby być inaczej?! 

To może kosztować: czas, pieniądze, wysiłek, czasem pozbycie się złudzeń, ale przynajmniej daje efekt w postaci załatwionej sprawy. I nowego doświadczenia. Samo myślenie zwykle NIC nie daje - bywa też że przeciąga sprawę i pogłębia nasze problemy. 


Kiedy pozytywne myślenie nie pomoże? 

Nowomodni "coachowie", którzy nie bardzo rozumieją istotę ludzkich problemów i na wszystko mają łatwe rozwiązania, być może się ze mną nie zgodzą, ale zasadniczo, pozytywne myślenie nie pomoże:

1. W przypadku depresji: kiedy jest się w ciemnym tunelu myśli i smutków. W takim wypadku trzeba poszukać wsparcia, żeby stamtąd wyjść. Tego nie da się załatwić zwykłym "keep smile". 

2. W razie poważnych kłopotów, żałoby, trudności. To są sytuacje, które wszystkich nas w życiu dopadną. Nie ma od nich ucieczki, nie warto zresztą uciekać. TRZEBA TO PRZEŻYĆ. Bez udawania i przebierania się w maski z napisem: "Nic się nie stało". 

3. Wtedy kiedy trzeba bardzo racjonalnie i pragmatycznie podchodzić do tematów. Optymizm się przydaje, ale WARTO z nim uważać w przypadku finansów, prawa, dzieci i małżeństw. Bardzo często bywamy z jego powodu po prostu naiwni. A to się potem mści. I drogo kosztuje. 

Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że można inaczej. Że on pozytywnie myślał i wszystko się samo ułożyło. Każdy ma swoją prawdę i prawo do własnego zdania. ALE, jest jedno ALE. I jedna moja rada, z której weźmiesz sobie co chcesz, albo zupełnie NIC:

Jeśli w kółko wracasz do punktu wyjścia, dobrze uznać, że pozytywne myślenie może być jedną z części Twojego oręża. Ale z pewnością nie powinno być jedną. 

***


Manufaktura Radości na jesienne wieczory i nie tylko! 

W książce znajdziesz: 
  • Odpowiedź na pytania o toksycznych ludzi i sposoby na to jak sobie z nimi radzić
  • Instrukcję dotyczącą tego, jak mieć fajniejsze życie, która działa!
  • Mapy, które sprawdzą się w drodze do sukcesu - jakkolwiek go pojmujesz! 
  • Sprawdzone sposoby na smutek, nostalgię, oraz inspirujące porady jak sobie z nimi radzić
  • Dużą dawkę wiedzy na tematy psychologiczne: piszę o rozliczeniach z przeszłością, wybaczeniu, rozstaniach, miłości i relacjach rodzinnych
  • Inspiracje, które popychają do działania i otwierają głowę na NOWE
  • Masę motywacji, dzięki której ruszysz z mielizny jeśli tkwisz na niej już tak długo, że szkoda gadać
  • Zasady, których dobrze się trzymać i rozliczenie z tymi, które dobrze porzucić raz na zawsze
  • Sposoby na budowanie poczucia własnej wartości i rozliczenie się z wewnętrznym, albo zewnętrznym krytykiem
  • Dużo uśmiechu i pogody ducha! 
A także... wiele, wiele więcej! 

Mówię NIE: 
  • Nadęciu i mądrzeniu się
  • Irytującym "jedynie słusznym" radom z amerykańskich poradników
  • Książkom, które trzeba czytać ze słownikiem wyrazów obcych
  • Rozprawom, które przypominają bardziej pracę magisterską, niż inspirację. Każdy temat w książce przeczytasz w mniej niż 10 minut! 
Książkę kupisz TUTAJ


PODAJ DALEJ! 


W internecie od kilku dni głośno o akcji #metoo. Nie mogę już patrzeć na te historie, tak wielkim smutkiem mnie napełniają, ale im bardziej nie chcę, tym bardziej do mnie przychodzi pytanie: KTO ZA TO POWINIEN SIĘ WSTYDZIĆ?! 

W skrócie: akcja #metoo ma uświadomić, jak wiele kobiet pada ofiarą nadużyć seksualnych. Nadużycie to nie tylko gwałt czy próba gwałtu. To nie wyłącznie coś co się robi ręką czy narządem płciowym, ale też słowem, gestem czy spojrzeniem. 

Wszystkie to znamy, naprawdę wszystkie. 

Nie opowiem Wam mojej historii, bo pewnie same macie własne i możemy się w tych opowieściach przeglądać jak w lustrze. Są tak bliźniaczo podobne, niektóre kończą się dobrze, inne źle, ale we wszystkich pojawia się wstyd. 

Wstyd kobiet, dziewczynek, nastolatek, które poczuły się poniżone, nadużyte. Wcale nie wstyd tych, którzy z rubasznym śmiechem opowiadali o cyckach i dupach czy nadużyć się dopuszczali. Oni się nie wstydzili i w tym względzie niewiele się zmieniło przez ostatnie lata. 


Ofiara ma gorzej od sprawcy

I jest to straszna, straszna prawda. Póki nie zmienimy myślenia, nic w kwestii nadużyć się nie zmieni. 

- "Wolisz to zrobić ze mną czy z moim psem" -  usłyszała A. od 2 -lata starszego sąsiada, gdy sama miała 11 lat. Pamiętam to tak mocno, bo naprawdę byłyśmy wtedy dziećmi. Nie oglądałyśmy porno, nie wiedziałyśmy nawet dobrze jak "to" się robi. Chłopak nie chciał wypuścić jej z domu, ciągnął za rękę ze swojego pokoju do sypialni rodziców, dopiero kiedy zaczęła płakać i wrzeszczeć, wystraszył się i powiedział, że żartował. 

A. opowiedziała o wszystkim mamie i usłyszała: "Po coś tam poszła idiotko"! Dostała karę i zakaz wychodzenia po lekcjach. To z niej śmiała się potem cała ulica, a chłopak naopowiadał w szkole, że sama za nim chodziła i jej nie chciał, więc naopowiadała matce głupot, żeby się na nim zemścić. 

Do dziś pamiętam jej wstyd. I triumfującą minę tego chłopaka. Nie miał potem problemów z umawianiem się z innymi dziewczynami, nikt go za to nie napiętnował.

Pamiętam też bagatelizowanie setek innych sytuacji, które pojawiały się w życiu. "Nie przesadzaj" - mówili ludzie. "Przecież to nic takiego" - dodawali inni. "Takie żarty, pewnie mu się podobasz". 

Pamiętam wstyd swój i innych dziewczyn, kobiet. 

I to, że do cholery, zawsze wstydziłyśmy się my, a nie ci, którzy naprawdę wstydzić się powinni. 


Jak nie wychować syna na gwałciciela? 

Albo kogoś kto z rubasznym uśmiechem molestuje koleżanki? Kogoś, kto wykorzystuje okazje, naiwność czy zwyczajny brak doświadczenia młodych kobiet do tego aby potem grać na ich wstydzie i namawiać je do tego na co ma ochotę? 

Nie da się bez edukacji. 

Przeczytajcie koniecznie ten tekst, a jeśli jesteście rodzicami dorastających chłopców, zadbajcie o to, aby mieli świadomość tego o czym w tekście pisze autorka. Nie czekajcie aż zrobi to za Was szkoła, czy ktoś inny. Nie zrobi. 

To także lektura dla młodych dziewczyn. I tych starszych też. Dla ich mam i cioć, dla babć, dla wszystkich kobiet, które spychają odpowiedzialność za cudze czyny na kobiety "bo same chciały". 

NIC się nie zmieni w tym świecie, póki dalej za przemoc seksualną będą wstydzić się tylko ofiary. 


Wierzę, że słowa, które padają teraz w przestrzeni internetu, pomogą przełamać ten wstyd. I oddać go tym, którzy NAPRAWDĘ powinni go nieść. 

A co Wy o tym myślicie? Jakie emocje porusza w Was ta akcja? 





Historie sukcesów, które zaczynały się od „czułam się nikim i nic nie warta, a teraz jestem wielka” robią furorę. Dobrze wyglądają w gazetach. Dobrze się to czyta. Każdy z nas pewnie kiedyś był w takim momencie w życiu, w którym czuł się bezwartościowy i pomyślał, że jeszcze temu światu pokaże. Problem w tym, że mozolne wspinanie się na szczyt, żeby powiedzieć OTO JESTEM ZAJEBISTA to jest podejście „od dupy strony”. Bo jaki naprawdę jest problem?


„Całe życie mi wmawiano, że jestem nikim. Chciałam udowodnić, że to nieprawda” – mówi bohaterka wywiadu w WO, która w 3 miesiące po 3 cesarce przebiegła ultramaraton na dystansie 240 km. „Kobiety latami czekają aż ktoś doceni je w pracy”-  czytam w kolejnym materiale

I abstrahując od przekazu i motywującej wartości tych tekstów myślę sobie, że idziemy do siebie i do poczucia własnej wartości drogą totalnie naokoło. 

I to jest znacznie dalej niż te 240 km.


Dlaczego udowadnianie innym czegoś jest drogą naokoło?

Bo chociaż chcemy wierzyć, że jest inaczej, to punkt wyjścia i punkt powrotu jest zawsze taki sam. Wychodzimy i wracamy do siebie.

Tak, droga nas zmienia. Tak, po drodze możemy się nauczyć bardzo wiele i sprawdzić się w milionie różnych wyzwań i sytuacji. 

Ale to nie osiągnięcia są dowodem naszej wartości. 

Jesteśmy wartościowi i bez nich - dlatego że jesteśmy, dlatego, że się urodziliśmy i jesteśmy ludźmi.


Ludzie bez osiągnięć są nic nie warci?

Nie zgadzasz się z tym? W takim razie twierdzisz, że dzieci są bezwartościowe? Że aby coś znaczyć trzeba mieć na koncie milion, w dorobku szanowany tytuł, osiągnięcia sportowe albo przynajmniej gromadkę dobrze wychowanych dzieci? Gdyby tak było, większość z nas miałoby poczucie własnej wartości wielkości główki od szpilki. A przecież tak nie jest.

To wcale nie osiągnięcia nas definiują -  to nie one są przepustką do świata, w którym mogę powiedzieć o sobie: „Nie jestem idealna, ale do cholery nikt nie ma prawa mi mówić, że jestem nikim!”.

Jest tym coś zupełnie innego. 


Książka na jesienne wieczory -  znajdziesz ją tutaj


Pułapka osiągnięć

A może nie ma w tym nic złego? Komu to przeszkadza, że ktoś chce iść naokoło i doświadczyć wielkości, żeby potem w siebie uwierzyć i mieć poczucie sprawczości i mocy! Niby nikomu.

Ale wielu w tej drodze się zgubi. Wielu dostanie po tyłku tak mocno, że się nie podniesie, albo zapłaci za to wysoką cenę. 

Wielu wpadnie w nałóg udowadniania sobie i innym, że są wiele warci tylko wtedy kiedy im się coś udaje. Kiedy walczą i się nie poddają. Kiedy osiągają. Kiedy są lepsi niż inni.

Dla tych mam złą wiadomość: Nie ma czegoś takiego jak wieczna życiowa hossa. 

To jest niebezpieczna droga. 


Czemu się czepiasz?!

Tak, trochę się czepiam, ale mam ku temu ważne powody. 

Za dużo widziałam dziewczynek, które twierdziły, że nie są dość dobre, żeby ktoś je pokochał. Pracowały więc nad sobą do anoreksji i zaburzeń osobowości bo chciały być idealne.

Za dużo znam facetów, którzy przeszli zawał, bo bardzo chcieli pokazać tacie, żonie i sąsiadowi, że są lepsi od nich.

Za dużo kobiet, które nie mogą pogodzić się z tym, że czas mija.

Za dużo ludzi, którzy z całej siły pragną aby KTOŚ wreszcie ich docenił, bo nie doceniają siebie.

Dlatego jeśli czujesz, że na wiele jeszcze musisz zapacować, wiele jeszcze osiągnąć by powiedzieć o sobie „JESTEM OK” – to rób co chcesz. 

Ale zanim wyruszysz w tą drogę, zanim się rozpędzisz i poczujesz krew na języku, pot na karku, zanim zaciśniesz pięści, zrób dla mnie i dla siebie jedną rzecz: zastanów się proszę. 

Czy aby nie idziesz do siebie „od dupy strony”?





Nic chyba nie budzi takich emocji jak sukces i pieniądze. No może jeszcze seks. O sukcesie rozpisują się media i wielu z nas wydaje się, że to co się niektórym przytrafia, to jest jakieś ziszczenie złotego snu. Tymczasem prawdziwy sukces, najczęściej nie powstaje na zlepku marzeń o potędze i szczęśliwych trafach, ale na czymś kompletnie innym. 

Opowiem Wam dziś kilka historii i rozprawię się z kilkoma szkodliwymi mitami. Bo chociaż jestem optymistką i namawiam do pozytywnego myślenia, to wiem doskonale, że nic tak się nie przydaje w drodze na szczyt (jakkolwiek go definiujesz), jak realizm. No i wygodne buty. 

Zanim wyruszycie, usiądźcie i posłuchajcie. 


Czy ktoś słyszał o.... 

Tak zaczyna swoje wystąpienie na "Info Share" Michał Sadowski. Michał, dla tych, którzy nie wiedzą, jest twórcą BRAND 24 -  firmy z sektora informatycznego, która powstała w 2010 roku, dziś obsługuje kilkadziesiąt tysięcy marek na całym świecie i jest wyceniana na ponad 50 milionów złotych. 

Brand 24 to 5 projekt Michała Sadowskiego. O poprzednich, jak pewnie się domyślacie, mało kto usłyszał. 

Czy początki były łatwe? Czy to wszystko co udało się stworzyć poszło miło , lekko i szybko jak po maśle? 

Obejrzyjcie tą prezentację, zobaczcie obrazki z 3 - dniowym kebabem, uprzejmymi mailami od inwestorów i klientów, które można by w sumie podsumować jednym słowem na "s", oraz posłuchajcie o problemach z płatnościami za ZUS. Jeśli dodacie do tego półtoraroczne życie na przysłowiową krechę, to może porzucicie już dziś mrzonki o spektakularnym sukcesie z dnia na dzień, który prawie nic nie kosztuje. 

"Do większości sukcesów dochodzimy przez pot i łzy - mówi Sadowski. 

Historia z nogą w stole - bezcenna. 




Mało? Jest więcej

Takich historii jest na pęczki i trochę nie dziwię się, że nie chcemy ich słuchać. Czemu nas odpychają? Bo chcielibyśmy wierzyć, że to co planujemy nie będzie  nas nic kosztować. Że musi się udać. 

Kiedy słucham domorosłych mówców, którzy wpajają młodym ludziom takie świetlane wizje sukcesu, w który TRZEBA TYLKO wierzyć, chce mi się i śmiać i płakać. Śmiać, bo to takie naiwne, a płakać, bo wiem, jak wielu ze słuchaczy doświadczy twardego lądowania na tyłku. 

Chcesz się dalej oszukiwać? Skończ czytanie w tym miejscu. 


Jak bywa naprawdę? 

J.K. Rowling, autorska Harrego Pottera, próbowała kilkanaście razy zanim udało jej się wydać pierwszy tom. 

Disney otrzymał ponad 300 odmów zanim uzyskał współfinansowanie dla budowy Disneylandu. 

Edison wykonał ponad 10 tysięcy prób zanim udało mu się stworzyć żarówkę. 

King, sławny powieściopisarz, dziś uznawany za jednego z najzamożniejszych ludzi pióra, miał problemy z wydaniem swojej pierwszej powieści, a także z alkoholem. 

Reżyserka właśnie wchodzącego do kin filmu "Twój Vincent" cztery razy otrzymała odmowę od kompozytora Clinta Mansella. A sam bohater filmu - van Gogh sprzedał w czasie swojego życia jeden obraz. 

Moja pierwsza książka "Bajki o życiu" -  sprzedała się w pierwszym miesiącu dystrybucji w 50 egzemplarzach, co nie pozwoliło nawet na pokrycie kosztów  projektu graficznego, nie mówiąc o druku. Dziś nakład się kończy, został ostatni karton, ale wtedy gdy się ukazała, wcale nie było mi do śmiechu.  

Więcej historii znajdziesz tutaj



7 rad dla ludzi, którzy chcą odnieść sukces

1. Pamiętaj, że sukces z dnia na dzień wymaga LAT przygotowań. Nawet jeśli uda Ci się ominąć dołki i nie ponieść po drodze spektakularnej porażki, to zapewne dlatego, że nauczyłeś się czegoś na swoich wcześniejszych błędach. 

2. Buduj sukces na sukcesie, ale także na porażkach. Historie ludzi, którzy go odnieśli pokazują, że kiedy nie wychodzi, to trzeba wyciągnąć wnioski i próbować jeszcze raz. 

3. Bądź świadomym realistą. Jak to działa? Ludziom, którzy wchodzą na rynek pracy wydaje się, że jeśli wyślą 10 maili z cv powinni otrzymać jedną propozycję spotkania i załamują się gdy po 50 mailu nikt nie dzwoni. To nie jest dobry moment na załamanie, ale na refleksję i uzmysłowienie sobie, jakie NAPRAWDĘ są realia, a nie nasze wyidealizowane myślenie o nich. Dotyczy to nie tylko szukania pracy. 

4. Bądź elastyczny -  nie ma nic gorszego niż bycie przyspawanym do swoich pomysłów

5. Bądź uparty. Najlepiej mądrze, bo głupi upór jest głupi. 

6. Ryzykuj. Kto nie ryzykuje ten nie pije szampana. 

7. Pamiętaj, że nawet jeśli się nie uda, zawsze można spróbować jeszcze raz. 


A na koniec...

Chciałabym Ci przypomnieć tekst o sukcesie w wersji white. Bo jest też czarny sukces. Ten biały wzbogaca nas i świat, ten czarny często przynosi wypalenie. 

To jest szalenie ważny temat. Chyba ważniejszy niż mówienie o tym, jak wejsć na szczyt. 

Zanim się wystartuje w tym wyścigu po "złoto" warto zastanowić się nad własnymi motywacjami i tym czym DLA MNIE JEST SUKCES. 

Może okaże się, że wcale nie trzeba się nigdzie wspinać, bo to co ważne już jest? 




"To jest bez sensu", "Po co to robisz?", "Co z tego masz?", "To grafomaństwo", "Naprawdę ktoś to czyta?!", "Nic z tego nie będzie", "A nie możesz robić czegoś co naprawdę ma sens?" -  to tylko kilka z komentarzy, które trafiały do mnie przez lata tworzenia manufaktury. Właśnie mija 8 lat od kiedy powstała. Jak to się stało, że nie dałam się zniechęcić i czemu uważam to za ważną lekcję dla innych? 


Kiedy ktoś mnie pyta dlaczego zaczęłam pisać bloga, najczęściej odpowiadam, że dlatego, że ... chciałam pisać. Kiedyś, te 8 lat temu, kiedy wszystko było inaczej, a najbardziej inna byłam ja sama, stwierdziłam, że jeśli chcę pisać, jeśli marzę o tym, aby z pisania żyć i wydawać książki to nie ma innej drogi jak po prostu zacząć. 

Od tego czasu piszę z uporem maniaka. Gdyby zliczyć godziny, które potrzebne były do wyprodukowania ponad 1000 wpisów na blogu, nie licząc grafik, książek i innych moich aktywności, to wychodzi, że pisałam bez przerwy przez jakiś rok. 

Nie było w tym czasie miesiąca, aby na blogu nie ukazał się wpis. Pisałam w wakacje, święta, nigdy nie byłam tak zaangażowana w żadną pracę jak w tą. 

Czy to miało sens? 


Bilans

3 lat temu napisałam:  Gdybym myślała w długiej perspektywie, kalkulowała, czy to w ogóle ma sens, nigdy bym nie zaczęła. Bez tego początku pełnego wątpliwości, bez pomyłek, nauki, która z nich płynęła, bez czasu, który minął, nie byłoby mnie, którą dzisiaj jestem. Bo tak jak słowa kształtują rzeczywistość, tak samo, po trochu ukształtowało się to miejsce i ja sama. Manufaktura Radości ma pięć lat. Niedługo po raz milionowy ktoś otworzy tą stronę, ktoś napisze, że znalazł coś, czego szukał, albo przeciwnie, że polemizowałby z tym, co tu znalazł. Powstała przestrzeń do wymiany dobrych myśli. Mam nadzieję, że będzie rozwijać się dalej. Mam nadzieję, że zostaniecie ze mną.

Po tych kolejnych trzech latach mogę napisać, że liczba odsłon dawno przekroczyła 5 milionów. 

Jestem bogatsza może nie o wielkie pieniądze, ale o 2 książki, masę doświadczeń i garść pomysłów ma przyszłość. 

Coś dziś za sobą zostawiam, coś zabieram -  jak to w życiu, które chce się przeżywać świadomie. 






Po co to robię? 

Nie, nie jestem szczególnie predestynowaną do tego aby mówić o radości i szczęściu. Bywam smutna, bywam zniechęcona, małostkowa, czasem nie radzę sobie z własnymi emocjami. Jak każdy, bardziej lub mniej.

Mam jednak głębokie poczucie, że warto tworzyć to miejsce i pisać o tym, że życie może być fajne i dobre.  

Dlaczego?  Bo chociaż na tym świecie jest ciągle mnóstwo osób zgorzkniałych, pełnych pretensji do wszystkich i o wszystko, to jednak, jest też cała masa wartościowych, wspaniałych ludzi, którzy sprawiają, że to co autentyczne, to co ważne, wypływa na wierzch i sprawia, że nasze życie jest piękniejsze. Ci ludzie tu zaglądają. I wierzę, że będzie ich jeszcze więcej. 

Ponad swarami, antagonizmami, ponad głupotą i złością, jest coś, co sprawia, że warto szukać swojej drogi, odkrywać codziennie małe radości i żyć swoim życiem, codziennie lepiej, codziennie piękniej, na swoją własną miarę. Mimo wszystko. 

To ma sens. To przypominanie sobie i innym, że mimo przeciwności, mimo tego, że nie zawsze jest tak łatwo, jak by się chciało, życie jest bezcenne, jest wartościowe i w każdej sekundzie powinna z nami mieszkać wdzięczność, za to co mamy, za to, że przydarzyło nam się być tu i teraz. 

Nie trzeba tego nazywać coachingiem czy psychologią, nie trzeba z tego robić religii. To jest możliwe gdzieś ponad sloganami i nomenklaturą. 

Może to robić każdy, nie trzeba w tym celu pisać bloga. 
Ja akurat piszę. 

Ale nadziei nie starczyłoby mi do teraz, gdybym nie dostawała jej od Was. Gdyby i po drugiej stronie nie było wdzięczności i radości z tego, że tu jestem. Ja pomagam Wam, wy pomagacie mnie. Tak się zmienia świat. 

Dlatego to nasze wspólne święto. 

Dziękuję że jesteście! 

****



Urodzinowy rabat już nieaktualny, ale nadal można kupić moją książkę :) Sklep jak zwykle tutaj:  https://manufaktura-radosci.shoplo.com




×