Zosia, chociaż tak naprawdę nie jest to jej prawdziwe imię, długo postępowała jak w wierszyku: sama, sama, sama. Bycie samodzielną jest ok, ale zbyt daleko idące poleganie WYŁĄCZNIE na sobie, odmawianie wszelkiej pomocy, nie kończy się jak zwykle uważamy medalem i wiwatami, a smutkiem i ... depresją. 


Nikt nie posprząta domu tak jak ja i tylko fleje chodzą w niewyprasowanych bluzkach - tą dewizą, niewyartykułowaną może głośno, chętnie wytapetowałaby przedpokój. 

Obiady na mieście to strata pieniędzy i lenistwo, dlatego Zosia wstawała 4:30 i gotowała. Nie było wyjątków, nie pobłażała w końcu nikomu, a najmniej sobie. - No weź mama - dziś zamówimy pizzę, jęczały czasem dzieci -  ale Zosia pizzy nie jadała, więc nawet wtedy gotowała -  dla siebie i dla męża - nawet jeśli potem połowa obiadu lądowała w śmieciach, bo wszyscy poza nią, najedli się pizzą. 

Zanim wyszła do pracy zdążyła jeszcze sprzątnąć kuchnię i ogarnąć listę zakupów. Sprawunki oczywiście też załatwiała sama, bo "mąż się nie zna i kupi byle co". Kiedy coś w jej zdrowiu i samopoczuciu zaczęło siadać, dalej radziła sobie wyłącznie sama. "Nie można sobie pobłażać - to nic wielkiego - mówiła sobie i dzieciom. 

Kiedy okazało się, że mąż -  ten sam co to - biedaczek - nie zna się specjalnie na niczym i "bez niej by zginął" zaczął ją zdradzać z kimś z pracy -  Zosi przez chwilę zadrżała powieka, ale zaraz pomyślała sobie, że ona jednak da sobie ze wszystkim radę SAMA. Rozmówiła się z kochanką, męża postraszyła rozwodem i podziałem majątku, jakoś to wszystko kulało się dalej, chociaż czasem w nocy budził ją strach i zamiast wstawać o 4:30, czasem prawie się nie kładła bo nie mogła zasnąć. 

Koleżanki z pracy coś szeptały o terapii, zapraszały na wieczorne kino, albo wspólny weekendowy wyjazd, ale ona nie miała czasu ani ochoty. Nadal ogarniała dom, gotowała obiad, sprzątała, pracowała i robiła wszystko, aby nie było po niej widać, że coś się dzieje. 


Ludzie, którzy byli za długo silni, często płacą za to wielką słabością.
Tak to działa. 


To co złe, przychodzi znienacka

Czujesz niepokój czytając tą historię? Słusznie. 

To co złe, często przychodzi niepostrzeżenie. Tym razem też dopadło ją nagle i podeszło podstępem. Najpierw była grypa, potem problemy skórne, przez które utknęła w domu na dobre 2 tygodnie, potem zapalenie stawów. Kiedy wydawało się, że już ze wszystkiego wyszła, na dodatek SAMA, no nie licząc lekarzy, bo mąż po aferze z romansem jeszcze bardziej wycofał się ze wspólnego życia, poczuła kiedyś, że naprawdę ma głęboko gdzieś czy jej bluzki są wyprasowane, czy obiad będzie gotowy i czy jutro na śniadanie wystarczy parówek. 

Tego dnia nie wstała z łóżka i poczuła, że coś w środku wciąga ją coraz głębiej i głębiej. 

Rodzina chodziła obok niej zobojętniała i trochę zdziwiona, no bo w końcu zawsze dawała radę, mąż nie odzywał się jak zwykle i dopiero po tygodniu  jej siostra zadzwoniła na alarm. Brudną, pogrążoną w apatii i totalnie bez woli do życia - odwieziono do szpitala. 

Pierwsza rzecz, której się tam dowiedziała to ta, że nie da sobie rady całkiem SAMA, bo z miejsca, do którego doszła rzadko kto wraca bez wsparcia i przewodnika. 

Nie dlatego, że jest leniwy czy życiowo "nieogarnięty". Dlatego, że po prostu się nie da. 


Sama, sama, sama

W tej historii są dwa wątki: zajmijmy się najpierw pierwszym. Zosia była przez wiele lat managerem, wykonawcą i osobą prawie w 100% odpowiedzialną za funkcjonowanie całej swojej rodziny. Oboje z mężem pracowali, ale mąż właściwie zajmował się tylko tym. 

Uwaga: i nie jest to wina męża. 

Nie chodzi zresztą o obarczanie kogokolwiek winą, pomówmy raczej o konsekwencji i odpowiedzialności. Jesteśmy dorośli, a rodzina to jest zespół. 

Wiele wokół takich par, w których kobiety, rzadziej mężczyźni, chociaż i takie sytuacje się zdarzają, zachowują się NADODPOWIEDZIALNIE i nie pozwalają drugiej stronie brać udziału w życiu. Po pewnym czasie robi się to dla tej odsuniętej strony nawet wygodne - i bywa, że funkcjonuje to tak latami. 

Stąd ojcowie, którzy nie byli nigdy z dzieckiem na szczepieniu, nie wiedzą ile kosztuje chleb i z trudem zgadują, do której klasy chodzi ich dziecko. Kiedy w toalecie zabraknie papieru toaletowego wymownie patrzą na małżonkę, no bo haloo!!! Przecież zawsze tam był. 

Takie nadodpowiedzialne osoby uważają długo, że "muszą", "nie da się inaczej", ale świat rzadko wali się, gdy odpuszczają albo życie zmusza ich do wciśnięcia przycisku STOP - np. z powodu choroby. 

Muszę wszystko sama -  to jest droga ku zgubie. 



Czasami sprawy zachodzą tak daleko, że nie ma już czasu na odwlekanie.
Teraz, albo nigdy. 

Nie bądź alfą i omegą!

Bycie niezastąpionym, od wszystkiego, to jest naprawdę droga donikąd. Na pewnym etapie życia, trzeba umieć delegować zadania i się nimi dzielić. Nie dlatego, że nie dasz rady. Jak się uprzesz, to dasz! Ale czy na pewno o to chodzi?!

Znam wielu ludzi, którzy to "danie rady" stawiają sobie za punkt honoru. Żal im tego poczucia wszechmocy i nie umieją zrezygnować nawet z mycia łazienki, a co dopiero z "kontroli" nad pełnią życia rodzinnego. 

To jest coś co robimy dla siebie - a nie tylko dla nich. Ta kontrola pojawia się w nas z pewnego powodu i zaspokoja nasze niezaspokojone inaczej potrzeby, ale teraz nie o tym. 


Pomoc  -  to nie grzech, ani powód do wstydu

Dotyczy to w takim samym stopniu pomocy w każdej sferze życia, czyli np. pani, która wyręczy w sprzątaniu, jak i delegowania zadań w pracy -  czy w końcu pomocy medycznej i psychologicznej. 

Kiedy złamiesz nogę, nie szukasz w internecie samouczka pt. "Jak tanio i szybko założyć gips?". 

Kiedy coś dymi w silniku - udajesz się do mechanika. 

Kiedy boli dusza? Kiedy boli i dusza i od tej także całe duszy ciało, to często udajemy, że się NIC NIE DZIEJE. 

To przejdzie - mówimy. 
Trzeba być twardym, a nie miękkim. 
Nic mi nie będzie. 

I tu dochodzimy do drugiej, istotnej konkluzji z powyżej historii: Problemy, niczym w innym wierszyku o Zosi -  dobrze łatać tak  jak dziurę -  póki są małe. 

Poważne problemy zdrowotne, w tym te związane ze zdrowiem psychicznym, rzadko nie dają żadnych symptomów z wyprzedzeniem. Łatwiej jest wyjść ze stanów depresyjnych czy zaburzeń nastroju niż z pełnoobjawowej depresji. 





Nie bądź jak Zosia, dbaj o siebie

Nie jutro, nie za miesiąc, nie jak dzieci dorosną. Jeśli nie zadbasz o siebie dziś -  być może jutro dziura będzie już większa i trzeba będzie w jej łatanie włożyć więcej czasu i energii. 

Jeśli czujesz, że nie dajesz rady - przestać się tak starać. Pobądź z tym i zobacz prawdziwe powody, dla których to robisz, dlaczego uważasz, że musisz? 

Pozwól innym czuć się potrzebnymi. Niech zrobią zakupy, wyniosą śmieci, posprzątają łazienkę. Niech z Twoich ramion, przynajmniej raz na jakiś czas, spadnie ten ciężar. 

A jeśli nie? Co jeśli tego nie zrobisz? 

Być może nie stanie się nic. 

A być może przyjdzie taki dzień kiedy i Ty i Ci, dla których robiłaś tak dużo - będą sobie MUSIELI bez Ciebie poradzić.


*** 

Na drogę i na radzenie sobie - poleca się ten wyjątkowy zestaw: 


Znajdziesz go tutaj: KLIK 




Jest takie muzeum, chociaż nie ma ścian, ani adresu. Większość z nas bywa w nim regularnie, a wielu nawet tam mieszka. Zdaje się, że przyciąga nas jakimś magicznym magnesem i nostalgią wiąże ze sobą niczym najmocniejszym węzłem. Jest niebezpieczne, bo zapomina się w nim o tym co TERAZ. A przecież to nie w przeszłości toczy się nasze życie. Jak tam nie utknąć na wieki?!


Bus był z pozoru nowoczesny, ale wypełniony wspomnieniami. Towarzysze podróży wpasowali się w ten nastrój idealnie, a może po prostu to oni go stworzyli? Miejsca stają się przecież tylko tym CZYM MY JESTEŚMY. Bus przyjął więc co było, stał się tłem rozmów, zwierzeń i pamięci. 

Nawet gdybym nie chciała słuchać, to słyszałabym. Słowa w końcu same pchały mi się do uszu i sprawiały, że z każdym kilometrem szerzej otwierałam oczy. 

Przed tabliczką z napisem "Warszawa" były już jak spodki. Urywki rozmów wpadały mi do głowy i uderzały w nią jak kamyki w garnek. Stuk, puk, stuk, puk. 

Wysiadłam wcześniej niż zamierzałam. 

Nie mogłam już tego słuchać. 


"Wiesz Wiesiu - mówił zażywny pan, dla którego nie starczyło miejsc siedzących -  jak byłem w '79 w wojsku, to "kot" nie miał wstępu do kuchni. Jeździłem wtedy do Zgorzelca 16 godzin, a teraz narzekają, że muszą godzinę postać. Jak dałem kierowcy dwójkę to się nawet w polu zatrzymał, a teraz to nie chcą, trzeba by chociaż na paczkę fajek, to już sobie wolę pieszo podejść". 

"A pani taka ładna, moja stara też była ładna, takie miała ( tu gest w okolicy klatki piersiowej..) , że tylko łapać i w krzaki ciągnąć. Teraz to brzydkie takie, nie ma o czym gadać". 

"Kiedyś to były lata, teraz to popierdółka nie lato, zimy też nie ma, co się z tym światem porobiło". 

"O patrz pani, kota wiezie, kiedyś to się kotów nie woziło, chyba że na skórki haha, a tamta ma pieska na kolankach, sam bym wskoczył, może mi miejsce pani zrobi?!". 


W oceanie pamięci

W oceanie pamięci można pływać, ale można też utonąć. To ta chwila, kiedy nie ma już życia, nie ma o czym gadać, a pozostają tylko wspomnienia. 

Kiedy słucham naszych polskich kłótni i swarów, naszych rozliczeń, politycznych dyskursów i strachów, przeszłość wychodzi z nich jak dama w białym prześcieradle. 

Niektórzy tylko ją widzą. Skrada się za nimi, robi "UUU", a oni się cieszą, że widzą znajomą gębę. Zestarzała się, to prawda. Patyną pokryta twarz, jakaś straszniejsza niż we wspomnieniach, no ale nasza! Przecież nasza! Znamy się nie od wczoraj. 

Nie ma nic złego we wspomnieniach, ale dla własnego dobra, dobrze nie przywoływać ich za często, ani nie wypełniać życia wyłącznie nimi. 

Bo jeśli przesadzić, przychodzi moment, w którym poza przeszłością, nie ma juz o czym gadać. 

A życie trwa. I wtedy robi się strasznie. 


Gdzieś gdzie tętni życie

Co jeśli muzeum pamięci nas wciąga i nie chce puszczać? Co z ludźmi, którzy bardziej tam, niż tutaj? 

Nie da się nikogo wyciągnąć stamtąd za uszy, nie da się i nie trzeba -  każdy z nas ma prawo przeżyć własne życie po swojemu, nawet jeśli z cudzego punktu widzenia miałby je zmarnować. 

Niech mnie wszystkie bogi bronią, przed mówieniem Ci jak masz żyć - mogę tylko pokazywać i ostrzegać. 

Warto jednak patrzeć zawsze do przodu, a nie wstecz. Czuć, że się czuje i żyje. Dawać się porywać wirowi życia, tworzyć wspomnienia z wczoraj i z dziś - atrakcyjne, soczyste, miłe i miękkie. One najlepiej odrywają od kuchni w Zgorzelcu, od tętna pradziadka, od tego co było, ale przecież już tak dawno nie jest. 

Bo cokolwiek by Ci mówili, w cokolwiek byś sam wierzył, życie jest TERAZ. TYLKO TERAZ. 

Co z nim zrobisz? 


**** 

Dla tych co bardziej w teraz i bardziej w radości, niż starych wojenkach, których już nie warto toczyć, mam niespodziankę :) Torbę z manufakturowym napisem, narazie w bardzo limitowanej ilości :)  Kto pierwszy ten lepszy :) 


Torbę solo i w zestawach z książkami, znajdziecie TUTAJ







Ja jestem niespotykanie spokojny człowiek. Kto mnie zna, ten wie. Naprawdę trudno mnie wyprowadzić z równowagi. Rzadko się wkurzam, rzadko wrzeszczę, oszczędzam energię, nie wydatkuję jej na głupoty, bo wiem, że nie warto. Nigdy nie rzuciłam talerzem, no dobrze, raz mi wypadł z ręki - był z duralexu i rozbił się w drobny mak. Musiałam to potem zbierać, składać, przeglądać kuchnię w poszukiwaniu odprysków szkła wielkości główki od szpilki i to była straszna strata czasu. Nie warto. 


Emocje trzeba wyrażać, ale talerzami nie rzucajcie, ewentualnie sprawdźcie najpierw jak to się rozbija, bo jak ten z duralexu, to ja najgorszemu wrogowi nie życzę. 

Jest jednak takie jedno zdanie, które od Was dostaję. W komentarzach, w wiadomościach prywatnych, w rozmowach, w mailach. Zdanie, które mnie irytuje do granic możliwości i sprawia, że mam ochotę drzeć kartki zębami, a kawałeczki podeptać, spalić, znieważyć, opluć i zakopać osiem metrów pod ziemią. 

Po prostu się od niego gotuję. Skacze mi ciśnienie i kortyzol, oraz pałam żądzą mordu. Rytualnego. Ze szczególnym okrucieństwem. Wysadzenia delikwenta w powietrze, wysłania w kosmos, albo chociaż kopnięcia w tyłek, bo za to mnie na długo nie wsadzą. 

Dlatego osoby o szczególnie wrażliwych nerwach, oczach i uszach, oraz duszach alabastrowych co się nie splamiły nigdy przekleństwem, poproszę o opuszczenie lokalu. W słowach będę przebierała tak, żeby były dosadne i wyraziste, a nie żeby były delikatne. 

Bo to mnie po prostu strasznie wkurwia. 


To nie jest takie proste

Tak, to jest to zdanie. To, o którym wyżej. Wygląda niewinnie? Nic wielkiego powiesz? No nie, to JEST coś wielkiego. Wielka przeszkoda, którą sobie kładziemy sami pod nogi i przez którą nie możemy ruszyć z miejsca. Ciosana codziennie kłoda, która z każdym dniem robi się coraz większa i choćby Ci ktoś przyniósł siekierę to smętnie z nią siądziesz i zamiast rąbać, to powiesz: "To nie jest takie proste". 

Mąż mnie zdradza, oszukuje, nie kocham go, mam nawet swoje mieszkanie i pracę, ale nie wiem co robić.  - Odejdź od niego. - To nie jest takie proste. 

17 lat pracuję w tej samej firmie, ludzie mi mówią, że powinnam się cieszyć, bo mam na życie i opłaty, a ja już rzygam tym i po prostu kręci mi się w głowie, kiedy myślę o tym ile czasu tam zmarnowałam.   - Zmień pracę.  - To nie jest takie proste. 

Koleżanka wpędza mnie do grobu swoimi narzekaniami, swoim życiem, z którym nic nie robi, przesiaduje u mnie całymi popołudniami, nie mogę się zapisać na fitness, na angielski, nie mam kiedy poszukać faceta, bo jak tylko wracam z pracy wchodzi i zaczyna litanię smętów.  - Zrób coś z tym. - To nie jest takie proste. 

A myślałaś kurde, że będzie?! 


Nic co w życiu wartościowe nie jest proste

A przynajmniej nie w takim sensie, jak byśmy się spodziewali. Większość osób chciałoby żeby życiowe zmiany, rewolucje i perturbacje to była kawka z ciasteczkiem na słonecznym tarasie. Ja też bym chciała, no daj Wam Boże -  ale cholera -  tak nie jest i nie będzie. Czemu?

Każda zmiana, każda decyzja, a przynajmniej znakomita ich większość, wytrąca nas z niestabilnej równowagi w której jesteśmy. Każda, a przynajmniej 95 %, nawet tych których pragniemy, chcemy i pożądamy to jest wyjście ze strefy tego co znamy, a wejście w obszar, który jest niewiadomą. 

To budzi niepokój, lęk, czasem powoduje, że ktoś się od nas odsunie, a ktoś inny nazwie nas niewdzięcznym. 

Tak, będziemy się czuć z tym różnie i często nie będzie to miłe, słodkie uczucia. Ale choćbyśmy się zaparli i zawzięli: nie da się przeżyć bez tego życia, ono nie będzie nigdy proste w takim sensie!

Choćbyś był największym konformistą świata, choćbyś nie miał od życia żadnych wymagań i podejmował wyłącznie decyzje o tym czy oglądać "Pielęgniarki" na Polsacie, czy "Taniec z gwiazdami", to także Ty musisz kiedyś otworzyć usta i powiedzieć, żeby Ci ktoś zszedł z pola widzenia czy przydeptał kapeć! 

Nie obejdzie się bez podejmowania decyzji, bez trudnych wyzwań, bez chwil kiedy czujesz, że stoisz na jednej nodze i zaraz spadniesz na twarz. Czasem spadniesz i klapniesz na tyłek. Czasem poczujesz się bezsilny i słaby. Innym razem poczujesz smak klęski, albo przegranej. Jeszcze innym zwycięstwo nie posmakuje kremem i lukrem, a zaskoczy czymś co jest gorzkie i ciężkie. 

Nie będzie prosto. Kto Ci powiedział, że będzie? 

Kto Ci wmówił, że "to nie takie proste" to jest dobra wymówka na to, aby z tym co jest do zrobienia, ze sprawami, które wołają o twoją uwagę nic nie robić? 




Nie będzie łatwo, ale warto

Nie wszystkie decyzje, które w życiu trzeba podjąć są łatwe, ale parafrazując Bartoszewskiego -   często mimo obiektywnych trudności warto to zrobić. Nie każdy brak decyzji da nam to czego pragniemy - zamiast świętego spokoju robi się coraz większy burdel. 

Życie jest piękne i trudne jednocześnie. I ma do nas nieskończoną cierpliwość. 

Co musisz zrobić i tak się zrobi. Decyzja, z której podjęciem zwlekałeś, podejmie się sama gdzieś obok Ciebie. 

Dopiero kiedy staniesz przed nieuchronnym, zobaczysz jakim bezsensem było opieranie się zmianom i o ile dalej byłabyś, gdybyś zamiast trzymać się kurczowo gałęzi, popłynęła z tym prądem, który dawno już chciał Cię porwać. 

Tak, to nie jest takie proste. 

Nie jest. I co z tego?! 


Ps. Nie zacytowałam dosłownie żadnej z otrzymanych od Was historii, dlatego proszę się nie obrażać, a po prostu rozważyć. Tak, wiem że to nie jest takie proste, ale proszę Was nie piszcie mi tak więcej i nie przysyłajcie talerzy z duralexu. :) 



Na troski, na humory, na  "To nie jest takie proste" -
mam dla Was DOBRĄ książkę.
Gdzie? TU! 


Mantry to rodzaj intonowanej lub śpiewanej grupy dźwięków o powtarzalnej strukturze. Podobno działają cuda. Zwykle składają się z kilku słów/ sylab, powtarzanych w stałym rytmie. Jak działają mantry i czy  w ogóle działają?  A może to tylko kolejna ściema dla naiwnych? Przyjrzyjmy się tematowi obiektywnie! 

Mantry to jeden z tematów związanych z duchowością, który długo nie budził mojego entuzjazmu. Potocznie wiąże się je z religiami wschodnimi, buddyzmem, chociaż jest to mniemanie błędne: istnieją także mantry słowiańskie, germańskie czy związane z medytacją chrześcijańską. 

Mantra ma dźwiękiem wpływać na nasz stan ducha/ umysłu i podobnie jak medytacja, o której pisałam tutaj, "porządkować" stany emocjonalne, czy nawet w fizyczny sposób wpływać na mózg. 

Journal of American Medical Association (JAMA) Internal Medicine, sugeruje, że starożytna praktyka medytacji wschodniej może stanowić prawdziwą pomoc dla pacjentów z depresją, lękami i bólem. Naukowcy coraz częściej demonstrują wymierny wpływ medytacji na mózg, udowadniając, że programy uważności , w tym praktyka mantr, mogą sprawić, że poczujemy się szczęśliwsi, mamy większą odporność emocjonalną i rzadziej chorujemy .

Kiedyś te obietnice można było próbować udowadniać jedynie poprzez osobiste doświadczenie, dziś wiemy że dźwięki, wibracje, faktycznie na nas działają. Jak? Sprawdźmy! 


Jak działają mantry? 

Każdy z nas wie z doświadczenia, że w odczuwalny sposób reaguje na dźwięki. Te przyjemne i subtelne nas wyciszają, wprawiają w dobry nastrój, wrzask, bardzo niskie lub bardzo wysokie tony mogą natomiast stresować i irytować. 

Bawi mnie odrobinę, że krytycy mantr i wszelkiej art terapii nie kwestionują np. działania muzyki klasycznej, dzieł Mozarta, czy Vivaldiego. Badania dowodzą, że mają one pozytywny wpływ na nas, nasze samopoczucie, a nawet, że dzieci, które słuchały takiego rodzaju muzyki w brzuchu mamy rodzą się z większą wrażliwością na dźwięki i mogą mieć nawet wyższy poziom inteligencji. 

Mantra jest konkretną wibracją, dźwiękiem, który współgra z energetyką naszego ciała. Jeśli każda komórka ciała ma wibrację  - a mantra działa właśnie tym specyficznym "kanałem komunikacji" -  to może zmieniać nasze samopoczucie, a nawet nasz stan zdrowia. 

Tu znów pojawią się sceptycy, którzy powiedzą, że coś takiego jak słowo, dźwięk, nie może leczyć. Skoro może i kaleczyć (a z tym dyskutować nie będziemy bo tak po prostu jest), to może też poprawiać nasz stan i wywoływać reakcje, których efekty możemy zaobserwować gołym okiem. 

Sama relaksacja to już jest potężne narzędzie: kiedy spada nam poziom hormonów stresu zaczynamy inaczej myśleć i czuć. Może więc nawet przy sporym sceptycyzmie warto mantr, medytacji spróbować? 



To też jest rodzaj mantry.
W angielskiej wersji znajdziesz ją tutaj.
Idealnie nadaje się na kołysankę:) 

Jaką mantrę wybrać? 

Szkół jest wiele, ja polecam spróbować różnych i wybrać taką, która Ci się podoba. Jeśli mantra tak jak muzyka czy piosenka drażni i irytuje, to prawdopodobnie jej wibracja nie jest specjalnie korzystna dla nas w danym momencie. 

Mantry można także wybierać na podstawie potrzeb /zakładanego działania. Są takie, które wspomagają wyciszenie, dodają odwagi czy sił. 

Jedną z moim ulubionych mantr jest RA MA DA SA  - o której pisze tutaj Agnieszka Maciąg, oraz mantra ochronna AAD GURAY NAMEH.


Jak śpiewać mantry?

Znów: recept znajdziecie mnóstwo, ale moim zdaniem im bardziej wymagające, tym mniejsza szansa, że w ogóle zaczniecie. Dlatego na dobry początek wystarczy znaleźć swoją mantrę, usiąść, posłuchać i spróbować zaśpiewać. 

Z pewnością włączy się Wam tu wewnętrzny krytyk który powie: nie umiem, nie potrafię, to bez sensu. Mantry to nie jest muzyka operowa i naprawdę nie trzeba mieć do nich specjalnego talentu.

Jeśli na początku zdołacie wytrzymać tylko minutę -  ok. Kolejnego dnia dojdziecie do 2 czy 5. Czasem można włączyć sobie płytę z mantrami robiąc coś zupełnie innego -np. prowadząc samochód czy sprzątając. Działanie może nie będzie aż tak kompleksowe jak w przypadku pełnej pozycji medytacyjnej i absolutnego skupienia, ale będzie. 

I o to chodzi. 





Jakie są moje doświadczenia z mantrami? 

Mantry i medytacja pomagają mi szczególnie wtedy gdy czuję, że na skutek stresu, emocji, czy zdarzeń, zaraz się rozsypię w drobny mak. Na pewno znacie takie sytuacje. Oczywiście sztuką jest do takiego ekstremum nie dopuszczać i bardzo staram się to robić, ale czasami życie jest jak rzeka: porwie nas, wyrzuci na jakiś brzeg i nawet specjalnie nie wiadomo skąd i czemu pojawił się ten prąd, który nas zabrał. 

Mnie mantry bardzo wyciszyły. Pomagają mi w osiągnięciu stanu relaksu, zatrzymaniu gonitwy myśli, uspokojeniu np. przed snem czy po trudnym dniu. 

Lubię ich słuchać także przy okazji, np. w czasie prowadzenia auta. Zwykle jest to album " Divine grace" Snatam Kaur - znajdziecie go także na you tube. 

Słucham go od zimy i mogę z całą pewnością powiedzieć, że także tej muzyce zawdzięczam to, że tak sprawnie i bez trudnych emocji przeszłam cały proces tworzenia / produkowania książki. Polecam :) 


Powodzenia! 



Lato to czas kiedy jesteśmy więcej na zewnątrz i kiedy nasze zachowania wobec siebie, wobec dzieci, są również bardziej widoczne niż wtedy, gdy jesteśmy zamknięci w czterech ścianach. To co zwraca moją uwagę to notoryczne wrzeszczenie na dzieci. Dlaczego NIE wolno na nie krzyczeć, a tym bardziej robić sobie z tego sposobu na wychowanie?! 



Vaneska!!!-  drze się na pełen regulator przysadzisty łysy pan w zoo. - Vaneska - idziemy!! 

Dziewczynka nie reaguje, może nawet nie zwraca na to uwagi, bo znajduje się od jegomościa dobrych 50 metrów. Sądzę, że jest przyzwyczajona do tego wrzasku i już nic sobie z niego nie robi. Koleś wreszcie do niej podchodzi i z tą samą mocą w gardle oznajmia: Głucha jesteś! Ty mnie w ogóle nie słuchasz! Dziewczynka również wrzaskiem coś odpowiada i cała rodzina odchodzi w spokoju. 

Takich sytuacji wrzasku i zarządzania rodzinnym życiem przez "darcie ryja" zaobserwowałam w ostatnich letnich tygodniach dziesiątki. 

Powiecie, "nic wielkiego"? Tak mają, czego się czepiasz, każdy ma swoje sposoby? 

Krzyk i nasza na niego obojętność to są objawy ostrzegawcze. Nie można ich bagatelizować. 

Wrzask nam szkodzi! Bardzo szkodzi! 


Kiedy dusza odchodzi

"Na wyspach Salomona, na południowym Pacyfiku, tubylcy stosują niezwykłą metodę obalania drzew - pisze R.Fulghum. Jeśli drzewo jest zbyt duże, żeby je ściąć siekierą, zwalają je - wrzeszcząc na nie. Ludzie z lasu obdarzeni specjalnymi właściwościami wspinają się o świcie na drzewo i nagle jednocześnie krzyczą na nie ze wszystkich sił. I robią to tak przez trzydzieści dni. Aż drzewo umiera i pada. Istnieje teoria, że wrzask zabija Ducha drzewa. Wedle tubylców to zawsze odnosi skutek.

Ach, te biedne naiwne dzikusy. Takie dziwaczne zabobony z dżungli. Krzyczeć na drzewa, też coś! Jakie to prymitywne. Robią to tylko dlatego, że nie znają zdobyczy współczesnej techniki i nie są odpowiednio wykształceni.

A ja? Ja krzyczę na swojego męża, dzieci. I krzyczę przez telefon i podczas koszenia trawy. Krzyczę na telewizję i na gazety, i na radio. Nieraz zdarzało się mi się nawet wygrażać niebu zaciśniętą pięścią i krzyczeć. Mój sąsiad wrzeszczy często na swoją rodzinę i na samochód. Tego lata słyszałam, jak darł się przez całe popołudnie na składaną drabinkę.

My, współcześni ludzie, uprzejmi, wykształceni, krzyczymy na ruch samochodowy i na sędziów sportowych, i na rachunki, i na banki, i na różne urządzenia, zwłaszcza na urządzenia. Najczęściej krzyczymy na różne sprzęty domowe i na członków rodziny. Krzyczymy tak długo, aż dusza ludzka się poddaje…

Bo kije i kamienie mogą połamać nasze kości, ale słowa mogą złamać nasze serca…" 




Dlaczego wrzask szkodzi dzieciom? 

Krzyk, wrzask, to objaw naszej bezsilności i braków komunikacyjnych. Mamy wiele wymagań względem dzieci: niech będą grzeczne, niech domyślają się o co nam chodzi, niech zawsze bez zwłoki wykonują polecenia, niech panują nad emocjami, zachciankami, a tak naprawdę sami nie bardzo potrafimy to robić. 

Uspokój się, no uspokój! - wrzeszczy mama na placu zabaw do 2- latka, który właśnie przeżywa rozczarowanie, że nie może wziąć czyjejś zabawki. Dwulatek ma prawo do tego uczucia i takiej na nie reakcji -  ma jeszcze co najmniej kilka lat na to, aby nauczyć się emocjonalnej dojrzałości i gwarantuję Wam, że nawet jeśli dziś położył się Rejtanem w furtce, to wszystko jest na dobrej drodze! Wrzeszcząc nie pomagamy mu ani się uspokoić, ani dojrzeć. Nie pomagamy też sobie. 

Wrzask podnosi poziom kortyzolu, wprowadza w nasze i tak stresujące życie dodatkowy element napięcia. Dzieci, które doświadczają takiego rodzaju komunikacji z rodzicem mają często niższe poczucie własnej wartości, problemy z agresją i w końcu, aby przetrwać i nie oszaleć, zaczynają się wyłączać, przestają reagować na krzyki, albo kompensują sobie stres objawami fizjologicznymi (sikanie w nocy, lęki, obgryzanie paznokci, drapanie się, bóle brzucha itp.)  

Tak, dzieci to nie są słodkie aniołki. Tak, nie raz i nie dwa, wyprowadzą nas z równowagi. Nie chodzi też o to, aby kajać się i obarczać poczuciem winy za każdym razem kiedy zdarzy nam się podnieść głos, ale aby ze świadomością się sobie i relacjom z dzieckiem przyglądać i nie robić z wrzasku metody na komunikację. 


UWAGA! 

Absolutnie nie tolerujcie sytuacji, w których wrzask jest metodą wychowawczą w szkole, przedszkolu. Opowiedziano mi ostatnio historię o wychowawczyni zerówki, która po interwencji rodziców wrzask zamieniła na ... gwizdek. W sytuacji kiedy nie panuje nad grupą, z całej siły gwiżdże. Tak -  to też jest rodzaj wrzasku. Tak samo jak walenie w tamburyn, czy inne metody. 

Część dzieci może mieć dodatkowo szczególnie wrażliwy słuch i dla nich podniesiony głos, gwizdek, czy inny nagły hałas, może być elementem sprawiającym wręcz fizyczny ból! Nie można tego bagatelizować ani na to pozwalać! 

To nie jest metoda na wprowadzenie dyscypliny w grupie! 

REAGUJCIE! 





Jak się komunikować bez krzyku? 


Przede wszystkim: odwalmy się od dzieci. Wiele sytuacji które obserwuję wynika nie z faktycznej potrzeby wpłynięcia na zachowanie dziecka czy chronienia go przed niebezpieczeństwem, ale z naszej potrzeby organicznej kontroli. Po co to wziąłeś?! Czemu to ruszasz? Dlaczego się kręcisz? Rozlałeś picie! 

Czasami chyba zapominamy, że dzieci są po prostu dziećmi -  a to oznacza że są ciekawe, mają potrzebę ruchu, zabawy i eksploracji świata. Krytykowanie je za to, jest totalnym nieporozumieniem. 

Jeśli macie dzieci i nadal chcecie żyć w idealnym świecie, w którym jest cicho, wszystko zawsze idzie po waszej myśli, mieszkanie jest idealnie posprzątane i nic się nie psuje, to albo pójdziecie na terapię, albo przyjdzie Wam i waszym dzieciom oszaleć. To są nierealne i chore oczekiwania! 

Dzieci są naszym lustrem: uczą się od nas wszystkiego - głównie przez doświadczenie. Chcesz żeby wyrosły na odpowiedzialnych, życzliwych i serdecznych dorosłych? Chcesz żeby komunikowały się z innymi ludźmi i potrafiły z nimi dogadywać? Tego naprawdę nie osiąga się krzykiem. 

Większość rzeczy uzyskamy szybciej, przyjemniej i bez szkody dla obu stron, po prostu gdy o nie poprosimy. Dzieci rozumieją, nawet jeśli się z nami nie zgadzają: trzeba im po prostu pewne rzeczy wyjaśniać i tłumaczyć. 

Tak, szybciej jest krzyknąć: "NIE, BO NIE". Pamiętaj jednak, że to co w wychowanie włożysz, to też wyjmiesz. Być może to "NIE, BO NIE" wróci za kilka lat i do Ciebie. 

Problem w tym, że wtedy na zmiany i weryfikację wychowawczego kursu będzie już za późno. Ile byś nie krzyczał, nic to nie da. 


Minął miesiąc odkąd "Manufaktura Radości" jest w regularnej sprzedaży i dwa miesiące licząc od momentu przedsprzedaży. Czas na Wasze opinie o książce! Jakie one są i czy ta pozycja spełniła oczekiwania? 


Jeśli sama Wam napiszę, że jestem dumna z tej książki, nawet bardziej niż z poprzedniej, to pewnie nie wszystkich przekonam. 

Skąd ta moja duma? A stąd, że jako homo czytelnikus, "przewalam" rocznie z grubsza licząc kilkadziesiąt tytułów niczym jakiś siłacz ciężary ;). Przy ostatniej akcji "Zaczytanych" pozbyłam się z ulgą jakiś 50 kg książek. Mogę więc chyba powiedzieć, że mam porównanie i wiem, co na wydawniczym rynku piszczy. 

Książki, które ukazują się i dumnie prezentują w księgarniach są oczywiście bardzo różne. Jedne podobają mi się bardziej, inne mniej, a ta moja książka, mimo że prace nad nią poszły błyskawicznie i dodatkowo nie jest efektem wysiłku prężnego wydawnictwa, a moim i mojego maleńkiego zespołu, jest i mądra i piękna. Jestem pewna, że dzięki tej lekturze można poczuć wiatr w żaglach i zobaczyć światełko w tunelu, nawet jeśli wydawało się, że go nie ma. Skąd to wiem? Od WAS!


Książka wygląda tak jak chciałam, ale tak jak już napisałam na wstępie, chwalić się samodzielnie to trochę samochwalstwo, prezentuję więc Wam wybrane recenzje, które ukazały się od premiery w internecie!



1. Biblioteczka Lady Margot

Małgosia Tinc, jest blogerką, recenzentką i copywriterką, prowadzi bloga Biblioteczka Lady Margot i oprócz pisania, zachwyca cudnymi zdjęciami, które publikuje głównie na swoim Instagramie (jeśli czytacie, musicie ją obserwować!) 

Co Małgosia napisała o mojej książce? 



Foto: Instagram Małgosi

"Skończyłam dzisiaj bardzo mądrą książkę. Wiecie, że lubię sobie czasem podczytywać coś o rozwoju osobistym, nienawidzę jednak poradników pisanych przez amerykańskich coachów - dostaję przy nich szału, w myślach rwę je na strzępy. Wyjątek zrobiłam dla Dale'a Carnegie, którego ubóstwiam. Ale to człowiek, który pisał na początku ubiegłego wieku, więc o czym w ogóle mowa... Nie było wtedy szału na hasła "możesz wszystko!" i inne tego typu bzdety.

Autorka "Manufaktury radości" to wspaniała, niezwykle mądra kobieta, która nie mydli oczu, a swoje teksty pisze na podstawie własnych doświadczeń. Jestem pod wrażeniem. 

Czytało mi się tę książkę wspaniale i żałuję, że tak mało na rynku wydawniczym tego typu pozycji, które nie robią z ludzi idiotów." 


Małgosiu, dziękuję! 


2. Kasia Ogórek, Twoje DIY

Kasia to moja koleżanka blogerka, o której już Wam pisałam - choćby TUTAJ. Kasię cenię za wiele rzeczy, ale także za to, że nie owija w bawełną, jest szczera, prostolinijna i po ludzku życzliwa. Kiedy jednak coś jej nie pasuje, umie to powiedzieć i tupnąć nogą. 

Co Kasia powiedziała o "Manufakturze"? 

Foto: z bloga Kasi -  TWOJE DIY

To już druga książka Gosi, prywatnie mojej bratniej duszy. Autorka bloga „Manufaktura radości” wydała samodzielnie książkę o tym samym tytule co blog. 

Jejku jaka ta książka jest dobra. Każdy powinien ją przeczytać, aby poukładać się ze sobą wewnętrznie. Gosia, nie daje dobrych i złotych rad, ale zadaje istotne pytania, na które sam czytelnik musi odpowiedzieć. Dzięki tej książce można zacząć rachunek sumienia ze swoim wewnętrznym dzieckiem i bardziej się sobą zaopiekować. 


Pozycja jest pięknie wydana, a okładka jest pierwsza klasa. 


3. Dorota Smoleń -  Od rana do wieczora 

Tu bez wstępu, bo recenzja obszerna: 

Właśnie ukazała się książka „Manufaktura radości”. 52 najlepsze felietony Małgosi z jej bloga, poprawione, dopracowane, w pięknej oprawie graficznej, do wzięcia do ręki, spakowania do plecaka, czytania do poduszki i w każdych okolicznościach życiowych, gdy jest dobrze, gdy mogłoby być lepiej, na plaży pełnej ludzi i w samotne deszczowe popołudnie pod kocykiem.

Każdy z nas znajdzie u Małgosi coś dla siebie. Czy jesteś w związku, czy wiedziesz życie singla, czy dopiero wchodzisz w dorosłość, czy jesteś przeczołganym przez życie czterdziestolatkiem – zawsze wyczytasz coś, co do Ciebie trafi, co pomoże Ci inaczej spojrzeć na swoje życie, na swoje wybory, problemy. O miłości, dojrzałości, ludziach toksycznych i ludziach wspaniałych, mitach, przysłowiach, kłamstwach, marzeniach, korzystaniu z czasu… Słowa Małgosi zostają w głowie i z wytrwałością spadającej kropli drążą nowe korytarze, nowe trasy dla naszych myśli. To pierwszy krok do zmiany życia na lepsze, pełniejsze, bardziej radosne.

Mam tę książkę od kilku dni i nie przestaję jej wertować, zastanawiać się nad rozmaitymi sprawami. Szalenie inspirująca lektura, polecam serdecznie!



Zdjęcie: Dorota Smoleń. Bloga Doroty i całą recenzję, znajdziecie TUTAJ. 

4. Basia, Wiejący wiatr, Florysztuka



Basia podesłała mi recenzję i piękne, domowe zdjęcia z lawendowym akcentem. 


Recenzja jest obszerna, wybieram wiec z niej fragment: 

"Książki Manufaktura radości" tak jak i wielu innych poradników nie da się przeczytać za jednym posiedzeniem. Uważam, że w tego typu literaturze powinno być to nawet zakazane. Dlaczego? Każdy rozdział traktuje o innej sferze naszego życia, czasem bardzo intymnej. Dotyka i często to boli, czasem oczyszcza i daje poczucie wolności, czasem kieruje na nowe tory, wskazuje drogę, czasem kiwa palcem jak dobra mama, a czasem uświadamia jak nauczyciel biologii. Dlatego warto tą książkę sobie wydzielać, każdy rozdział przemyśleć, przerobić czy jak proponuje autorka opisać. (...) Pomysł na książkę trafiony!! Realizacja równie udana:) Sama książka jest pięknie wydana. Kolory bardzo dobrze dobrane, zdjęcia dające do myślenia- wesołe, jednak nie przerysowane, raczej dopasowane do tematu."

Basiu, dziękuję i mam nadzieję, ze Twoje dzieciątko już po drugiej stronie brzucha!



Zdjęcie i cała recenzję znajdziecie TUTAJ

Nie są to wszystkie recenzje jakie się ukazały, ale nie chcę Was zarzucić ilością, która przestanie być strawna :) Na Instagramie możecie śledzić fotki i opinie o książce poprzez hasztag #manufakturaradości. 

Z wielką radością czekam na Wasze kolejne recenzje i na pewno ten post będzie miał ciąg dalszy!

Dziękuję Wam Kochani! 

A sama książka jak zwykle dostępna TUTAJ




Bardzo lubię rozmowy radiowe, bo jest w nich - nawet przy krótkiej formie, miejsce na ciekawość i na to, aby podzielić się wiedzą, doświadczeniem i własnymi przemyśleniami. 


W przeciwieństwie do wizyt telewizyjnych, w których czasem udaje się powiedzieć 2 zdania, a proces przygotowań, podpinania, malowania się i usadzania gościa trwa 10 razy dłużej niż sama rozmowa,  tu można sobie pogadać! 

To sama przyjemność, zwłaszcza jeśli rozmówcy są tak ciepli i ciekawi świata - a do tego ujmująco dowcipni :) ! 

Olu, Mateuszu - dziękuję za tę rozmowę! 


Za dużo gadam, za dużo się śmieję...

Tak jak przy ostatniej okazji przyznaję, że moja ekspresja jest mało radiowa ;) Bardzo jednak lubię te rozmowy i zawsze wychodzę z nich naładowana dobrą energią. Tym razem także tak było i efekt jest fajny. 

O grach wideo, "manufakturze od kuchni", sposobie na sukces w Internecie i paru innych kwestiach. 

Cały materiał znajdziecie TUTAJ


Manufaktura Radości w radiowej Czwórce -  przeczytaj i posłuchaj
KLIK. 
×