Zarabiamy mniej, rzadziej zajmujemy eksponowane stanowiska, dajemy się wykorzystywać, znacznie częściej padamy ofiarą nadużyć. Chciałoby się powiedzieć: to wina tego chorego świata! Patriarchalnych wzorców, szklanego sufitu, męskiego myślenia o karierze. To jednak tylko kawałek prawdy. Bo czy to nam się  to podoba czy nie, same jesteśmy trochę sobie winne. 


Oczywiście świat jest jaki jest i faktem jest, że nie zawsze bywa różowo. Problem w tym, że samo się nie zmieni, manna z nieba nie padała od paru tysięcy lat i próżno na nią czekać. 

Zwalanie odpowiedzialności na wszystkich wokół jest działaniem mało konstruktywnym, zwłaszcza jeśli już się nie ma 14 lat. 

Jeśli w kółko wpadasz w tarapaty, nie potrafisz odmawiać, twoja asertywność jest problematyczna nawet w stosunku do ekspedientki, która wciska Ci niechciany towar, to najwyższy czas coś z tym zrobić. 

W przeciwnym razie twojej karierze nie grozi żaden szklany sufit. Nawet się do niego nie zbliżysz. 



Dlaczego kobiety mają słabszą pozycję w pracy? 

Nie dajcie się zwieść pierwszym skojarzeniom. One znów każą nam przesuwać odpowiedzialność i  szukać jej gdzieś poza nami. Podstawowy problem wcale nie wiąże się z macierzyństwem, mniejszą dyspozycyjnością czy brakiem ambicji, ale z poczuciem własnej wartości, albo raczej jego brakiem.

Jeśli ciągle w siebie nie wierzysz, nie ma szans, aby ktoś uwierzył w Ciebie. 

Kobiety zarabiają mniej, bo generalnie mają mniejsze oczekiwania finansowe

Badania przeprowadzone przez Sedlak&Sedlak potwierdzają, że przy negocjacjach płacowych kobiety wykazują się znacznie mniejszą stanowczością i pewnością siebie.  Na rozmowach kwalifikacyjnych same żądają niższego wynagrodzenia niż mężczyźni. W pracy też rzadziej upominają się o podwyżki, nawet jeśli w między czasie awansują.  

Dlaczego tak postępujemy? Wynika to przede wszystkim z małej wiary we własne możliwości, z tego że widzimy głównie swoje słabe, a nie mocne strony. 

Kobiety nie potrafią  odmawiać, stawiać jasnych granic. Bardzo często boją się, że to zostanie źle odebrane, że nadwątli relację, że ktoś uzna, że zadzierają nosa, albo są nieuprzejme. 

Odmawianie jest ok. Czemu wierzysz, że zawsze musisz się zgadzać? 



Grzeczne dziewczynki nie idą do biznesowego nieba

Nie dlatego, że są głupsze, gorzej wykształcone czy dysponują mniejszym doświadczeniem. Nie idą tam, bo są po prostu za grzeczne. Dotyczy to prostych, z pozoru błahych spraw, ale ma poważne konsekwencje.

Ostatnio na pewnej konferencji, pewna młoda dziewczyna opowiadała o tym, jak jeden z kolegów z pracy podchodzi i masuje jej kark, pod pretekstem garbienia się. Jest to dla niej bardzo niekomfortowe i zawstydzające, ale nie potrafi powiedzieć po prostu: NIE.

Pewnego razu nie wytrzymała i wybiegła z biura z płaczem. Histeryczka powiecie?

Kobiety reagują emocjonalnie, bo nie uczy się nas jak reagować inaczej.

Same musimy się tego nauczyć. I przede wszystkim uznać, że dbałość o swoje interesy, swoje granice i odmawianie kiedy coś nam nie pasuje, jest naszym prawem i obowiązkiem wobec siebie. 

W biznesie jak w życiu: szanuje się silniejszych, a słabszych wykorzystuje. Nie tłumaczy to oczywiście tych, którzy postępują niewłaściwie, ale takie są zwykle koleje losu i albo coś z nimi zrobimy, albo zawsze będziemy na straconej pozycji.


Szanuj siebie, a inni wezmą z Ciebie przykład 

Odnajdujesz się w tym o czym piszę? Chcesz coś wreszcie zmienić? 

Zacznij od prostych rzeczy! Mów o sobie dobrze, myśl o sobie jako o wartościowym pracowniku, kobiecie, stawiaj wymagania, wtedy otoczenie weźmie z Ciebie przykład. To żadna magia. Jeśli Ci to nie wychodzi, ćwicz! 

Amy Cuddy, psycholog społeczna z Harvard Business School proponuje kobietom, które mają z tym problem: udawaj, że jesteś silna, że jesteś władcą, przyjmij pozycję bojową jak Superwomen, a w końcu się nią staniesz. 

Przesada? Bajki dla naiwnych dziewczynek? Myśl co chcesz, ale opuszczone ramiona, głowa schowana w kołnierzu,  czy wystraszone spojrzenie w niczym Ci nie pomogą. Nie możesz się zmienić? A możesz się przynajmniej wyprostować?

Kobiety nie są słabszą płcią, tylko gorzej o sobie myślą. Najwyższy czas to zmienić. 

PODAJ DALEJ! 





"Możesz być najlepsza, możesz być kim chcesz - słyszę w nowej piosence Disneya o księżniczkach. Księżniczki wrosły w naszą kulturę i czy chcemy czy nie, każda z nas ma w sobie coś z księżniczki. Do której Tobie najbliżej? 

Kiedy dorastamy słuchamy bajek i wierzymy, że one - piękne i urocze księżniczki, istnieją naprawdę. Archetypy mają zresztą potężną moc i działa ona w naszym życiu nawet długo po tym jak przestajemy wierzyć w bajki. Księżniczki też w nas żyją, inspirują, a czasem przeszkadzają. 

Jaką Ty jesteś księżniczką? Co z tą wiedzą zrobić? 

1. Kopciuszek

Ma dobre serce i jak to często bywa w życiu, przy okazji potrzebna jej jest bardzo twarda tylna część ciała. Spójrzmy prawdzie w oczy: daje się wykorzystywać i jest odrobinę naiwna. Czeka na coś, co wszystko odmieni. Ma słabość do butów. 

Czego możesz nauczyć się od Kopciuszka? 

Dobre serce popłaca, ale trzeba też umieć stawiać granice bo inaczej ani się obejrzysz, a wylądujesz w pomieszczeniu z popiołem, a zamiast obiecywanej pokornym nagrody, pozostanie Ci czekanie na cud.  



Kopciuszek udowadnia, że nowa para butów może odmienić Twoje życie;) 


2. Królewna Śnieżka

Jest piękna jak śnieg i rumiana jak krew -  przez co budzi zazdrość. Ma podobnie jak Kopciuszek macochę, oraz trochę szczęścia do ludzi i zwierząt. Czasem wydaje się, że los się do niej uśmiecha, ale skoro trafia do domu 7 krasnali, których od tej pory musi oprać i nakarmić, trudno mówić o spektakularnym szczęściu. Potem jest jak  to w bajce: trochę naiwności i znów czekanie na cud. 

Czego możesz nauczyć się od Śnieżki? 

Kiedy atmosfera wokół Ciebie się zagęszcza, warto szukać sprzymierzeńców: kiedy będziemy w opałach, zawsze ktoś nam pomoże. Nie trzeba także bać się pracy, bo czasem ona po prostu ratuje życie. Zawsze warto stosować zasadę ograniczonego zaufania i na wszelki wypadek nie jeść owoców na pusty żołądek ;). 


3. Merida Waleczna 

Ruda, charakterna i nie boi się pobrudzić. Od dziecka miała w pogardzie "kobiece" aktywności, wolała za to strzelać z łuku i łamać stereotypy. Bunt ma we krwi, ale bunt czasem prowadzi także na manowce. Można zrobić krzywdę sobie, albo komuś, na kim nam zależy. 

Czego możesz nauczyć się od Meridy? 

Warto iść za naszą prawdziwą naturą, mieć w nosie konwenanse, ale trzeba też brać odpowiedzialność za konsekwencje swoich czynów. Szukanie rozwiązań na skróty (patrz babinka z lasu handlująca miksturą), to kupowanie kota, ups!, niedźwiedzia w worku. To rzadko działa -  jeśli chcesz robić wszystko po swojemu, potrzebna Ci odwaga ale i zdrowy rozsądek. 



Czy dla miłości warto wszystko poświęcić?


4. Arielka

Ta prawdziwa, z bajki, a nie filmu Disneya, to postać w gruncie rzeczy tragiczna, rozpływa się w morskiej pianie. Arielka jest syrenką, ale taką, która dla miłości gotowa jest zrezygnować ze swojej prawdziwej natury i nawet zaprzedać duszę diabłu. Cóż, to częsta przypadłość młodych dziewcząt. Trudno pochwalać to romantyczne samurajstwo, ale trzeba też jej przyznać, że jest wytrwała i odważna. Nie zniechęca jej byle co, a za własnymi pragnieniami pójdzie choćby na koniec świata. 

Czego możesz nauczyć się od Ariel? 

Przede wszystkim tego, że miłość jest ślepa i głucha, czasem także odbiera nam głos. Dobrze nauczyć się czegoś na jej błędach i niekoniecznie oddawać całą siebie za jeden romantyczny pocałunek. 


5. Elsa - kraina lodu

Z pozoru zimna jak lód -  ale niekoniecznie jest to prawdą. Ma wielką moc, z którą sobie nie radzi, głównie dlatego, że nauczono ją jak ją ukrywać. Prowadzi to do tragedii -  bo niekontrolowana siła bywa destrukcyjna. Można ją okiełznać mocą miłości i przede wszystkim ... świadomością i akceptacją. 

Czego możesz nauczyć się od Elsy? 

Dar, talent, który dostajemy może być błogosławieństwem, może też być przekleństwem. Za dar trzeba wziąć odpowiedzialność i nie warto przed nią uciekać, bo znajdzie nas gdziekolwiek będziemy. Nawet na końcu świata. 

Mądre trole, do których trafiają król i królowa, rodzice dziewczynek, mówią do przyszłej władczyni zimy, że jej największym wrogiem jest lęk. To prawda: najgorsze i najbardziej absurdalne rzeczy robimy ze strachu. Kiedy się boimy, wszystko wymyka się spod kontroli. Więcej - tutaj. 



Elsa uczy jak radzić sobie z mocą, a wierz mi, Ty też ją masz. 

6. Vaiana

Ta księżniczka, czy może raczej zbuntowana panna z dalekiej wyspy ocean ma we krwi i wie, że przed przeznaczeniem nie da się uciec. Wie też, że pójście za swoim głosem oznacza często samotność i postąpienie wbrew woli tych, którzy z miłości i troski stają nam na drodze. Vaiana to cudowna postać -  odważna i pełna pasji, ale też przede wszystkim głęboko ludzka, bo pełna wątpliwości i strachu. Jeśli masz w sobie coś z niej, możesz być z siebie dumna. 

Czego możesz nauczyć się od Vaiany?  

Odwagi spełniania marzeń i słuchania głosu intuicji. W końcu kto jest specjalistką od Ciebie? Ty czy inni? 



A więc do której z disneyowskich bohaterek jest Ci najbliżej? Co sobie od nich weźmiesz? 








Co roku, przy okazji matur i przygotowywania się do nich trwają dyskusje o tym, czy to ma sens, czy matura to bzdura. W tym całym dyskursie bardzo brakuje rozmów o tym co potem/zamiast? Jak wybrać studia, jak zaplanować swoją karierę, na co zwrócić uwagę? A to tak naprawdę najistotniejsza część tematu. 


System edukacji zmienia się, ale w moim odczuciu kręci się wokół własnego ogona. Realnych, odczuwalnych zmian nie widać. Kiedy patrzę na to jak bardzo zmienił się świat od mojej matury (w 2000 roku), na to jak dziś wygląda i funkcjonuje szkoła, to z przykrością stwierdzam, że niestety, nie nadąża za życiem. 

Efektem tego braku sensownych zmian jest fakt, iż kolejne pokolenie młodych ludzi wchodzi w świat odrobinę po omacku. Żyją czymś innym niż to czym żyje szkoła. Będą funkcjonować w świecie, który jeszcze bardziej się zmieni, bo dynamika tych zmian jest szalona. 

Jak sobie z tym poradzić? 

Jak zaplanować karierę, wybrać studia, żeby potem nie narzekać na stracony czas i mieć satysfakcję z dobrych wyborów? Oto kilka moich podpowiedzi. 


1. Bazuj na tym co lubisz

To mój główny zarzut wobec szkoły - równanie w dół i traktowanie wszystkich jednakowo, bez względu na ich talenty, predyspozycje i uzdolnienia. Nikt nas nie uczy, że powinniśmy stawiać na to co mamy najlepszego, a nie z uporem maniaka ciągnąć te ogony, których nie lubimy, nie znosimy i traktujemy jako przymus. 

Wybierając studia, planując to czym się zajmiesz bazuj na tym co umiesz i co lubisz. 

Nie, to nie jest jakiś idealizm, to zdrowy rozsądek. Naprawdę ciężko jest całe życie robić coś, do czego trzeba się zmuszać. Oczywiście nawet upragniony, wymarzony zawód, to nie jest tylko miód i cukierki, ale też pewne oczywiste trudności. Łatwiej się je znosi kiedy ma się poczucie sensu tego co się robi, a nie tylko poczucie obowiązku czy przymusu. 

2. Zostaw sobie czas na refleksję

Nasz polski pęd do dorosłości, nie tracenia roku, nie zawracania z utartej i raz wybranej ścieżki to pułapka. W ten sposób, z obawy przed straconym czasem tracimy go tak naprawdę najwięcej. Jeśli nie masz na dziś pomysłu, idei, wahasz się i w sumie to nie wiesz co robić, dobrze zafundować sobie wzorem Amerykanów gap year. Wyjechać gdzieś, popracować, zobaczyć jak wygląda życie poza szkolnymi murami. 

W ten sposób zdobywa się wiedzę i doświadczenie, którego nie sposób znaleźć w książkach. 

Warto! 

3. Nie przeceniaj studiów

Mit o tym, że studia to jest idealna opcja prawie dla każdego i żeby być w życiu "KIMŚ", trzeba je skończyć, to kolejna bezsensowna pułapka. 

Od dawna już studia nie są przepustką do kariery, a rzesza bezrobotnych, albo źle opłacanych magistrów jest znacznie większa niż hydraulików, fryzjerów czy kucharzy. 

Pokolenie 50- 60 + ciągle wierzy w zbawczą moc edukacji wyższej, ale trzeba to z mocą podkreślać: to nie jest recepta ani na udane życie, ani karierę zawodową. 

Oczywiście jeśli chcesz zostać lekarzem, adwokatem czy architektem, to nie ma innej drogi niż studia. Często jednak nasze plany są dość niesprecyzowane, wybieramy więc bez specjalnej refleksji studia bardzooo ogólne. Oczywiście zawsze się tam czegoś nauczymy, pytanie na ile to będzie nam potem przydatne? 

3 czy 5 lat, które zajmują studia to jest masa czasu. Nawet jeśli za nie nie płacisz to jest to i tak spora inwestycja. Przez ten czas można nauczyć się bardzo wiele: właściwie zostać ekspertem w jakiejś węższej dziedzinie, można zdobyć olbrzymią praktykę, tymczasem absolwenci wyższych uczelni często niewiele potrafią i koniec studiów to jest dopiero ich start.. do prawdziwej nauki. 

Warto to rozważyć i nie wybierać "byle wybrać". 


4. Miej realne oczekiwania

Jeśli masz marzenia, plany, to idź za nimi - ale nie na ślepo. Praca lekarza to nie jest serial dr. House. Praca adwokata to też niekoniecznie tylko blichtr i szybkie pieniądze. 

Zdarza się, że młodzi ludzie wybierają zawód, nie mając zupełnie pojęcia o realiach. Pamiętam z mojej ostatniej etatowej pracy praktykantkę, która była oburzona tym, że w księgowości kseruje się faktury -  w końcu nie po to kończy studia! 

Zanim wybierzesz, dobrze przyjrzeć się plusom i minusom, może spróbować jakiejś pomocniczej funkcji? W wielu krajach takie praktyki funkcjonują i oprócz doświadczenia, dają okazję do przyjrzenia się pracy, którą chce się wykonywać. 

To ma wielką wartość i często po prostu chroni przed dużym rozczarowaniem. 


5. Nie bój się zmieniać zdania

Jeśli nawet wybrałeś i to niestety nie jest to, męczysz się i widzisz, że w sumie to droga donikąd, warto weryfikować swoje wybory. 

Brnąć w coś co jest bez sensu to jest marnej jakości zwycięstwo. 


6. Planuj i myśl o przyszłości

Niech to nie będą sztywne plany, wykute w kamieniu, ale takie, które zawsze mają zapis z gwiazdką, że wiele zależy od tego co będzie. Przyszłości nie da się skrupulatnie zaplanować, ale warto myśleć o tym czego dla siebie chcemy i wiedzieć, że naprawdę kształtujemy własne życie. 

Gdyby tak na maturze zdawać egzamin z brania życia we własne ręce miałaby ona wielki sens. Ale też tych, którzy nie zdali byłoby o wiele więcej. 

Wiedzieć, że to ja za siebie odpowiadam i kształtuję swoją rzeczywistość to prawdziwy dowód dojrzałości. 



Poślijcie ten tekst dzisiejszym maturzystom! Niech się im wiedzie! Nie tylko na maturze! 





Hygge, czyli recepta na duńskie szczęście w codzienności zrobiło zawrotną karierę. Czy warto zawracać sobie nim głowę i czy można to przełożyć z duńskiego również na nasze? Zobaczcie! 


Dużo czasu minęło zanim wzięłam się za hygge. Oprócz fanów, dawno są w obozie i Ci zupełnie anty, którzy twierdzą, że hygge to tylko marketing, dogadzanie sobie i wymówka do bycia jeszcze bardziej... rozlazłym. 

Hygge pochodzi z Danii, a ta nie od wczoraj uchodzi za kraj gdzie żyje się najszczęśliwiej. Może więc warto zamiast negować przyjrzeć się temu o co chodzi? 

O tym właśnie w ostatnim filmie! 


Film możesz zobaczyć na You Tube - kliknij TUTAJ


Co jest hygge? 

Jest kilka takich rzeczy, które z pewnością są hygge i nawet jeśli wszystkim modom i trendom mówimy nie, to im warto powiedzieć TAK. Co to? Oto moja subiektywna hygge lista! 


1. Kawa


Hygge to małe przyjemności: dla mnie kawa, nawet bez ciastka :) 


2. Książki i małe lenistwo


Czytanie, bycie, przeciąganie się, delektowanie codziennością. Również mocno hygge! 

3. Świece


Świece są hygge - zwłaszcza gdy pięknie pachną !

4. Bycie razem i blisko


Z dziećmi, z tą osobą którą kochamy: nie tylko pod ciepłym kocem. 

5. Przyroda


I naprawdę nie trzeba jechać na koniec świata aby w niej pobyć. 

Wszystko to możemy spokojnie zafundować sobie w ten długi weekend! Co jeszcze planujecie? Co jest dla Was hygge? Nie zapomnijcie o filmie! KLIK

Dobrego hyggowania! 

Czy naprawdę kreujemy swoje życie? Czy w ogóle mamy na coś wpływ? A może to całe gadanie to tylko coachingowe bzdury, które ktoś wymyślił po to by zbijać kasę na motywacji, prywatnych sesjach i wzniecaniu nadziei nieszczęśników, którzy są na tyle głupi by w to wierzyć? 

Pesymistyczne spojrzenie? Bardzo. Mam dziś dla Was osobistą historię, która udowadnia, że jest jednak inaczej. Posłuchajcie!


Jest noc, jakieś 12 czy 13 lat temu. Dobrze po północy, chociaż do rana jeszcze daleko. Pracuję w miejscu, które funkcjonuje 24 godziny na dobę -  jest to biuro magazynu dużej firmy logistycznej. Jestem nowa, a więc często dostaję "nocki". 

Niedawno przyjechałam do Warszawy i ciągle szukam innej pracy, więc w sumie ten tryb mi odpowiada. Kiedy zdarzy się jakaś rozmowa kwalifikacyjna, mogę się umówić na 12 czy 14 i spokojnie pójść. Zarabiam marnie: ledwo starcza na mały pokój i utrzymanie się w stolicy, ale pracować muszę, nie stać mnie na utrzymanie się tutaj.  Do tego te nocki mają zasadniczą wadę i nie jest nią brak snu. Często kończymy pracę wcześniej niż o 6 rano i możemy wtedy iść do domu. Gasną światła, nikt poza portierem nie zostaje. Niby super... ale ja nie mam jak wracać do domu!

Mimo, że mieszkam niedaleko pracy, jakieś 3 km, jazda taksówką nie wchodzi w grę. Wydałabym połowę tego co zarabiam, a na to mnie absolutnie nie stać. Znasz takie sytuacje, w której kupno małego słoiczka miodu czy nowych butów wydaje się totalnym luksusem? To jest właśnie taka sytuacja. Do tego magazyn jest na totalnym zadupiu. Nie jeździ tu nocny autobus, spacer przez fabryczną dzielnicę o 3 w nocy wydaje mi się szalonym pomysłem. Umarłabym ze strachu. Czasem ktoś się nade mną zlituje i podrzuci do przystanku, czasem jakiś kierowca podwiezie do domu. Chętnie korzystam aż do czasu gdy jeden z nich, chyba totalnie pozbawiony wyobraźni, wysadza mnie na środku obwodnicy i muszę w nocy zejść z wiaduktu i dalej przejść jakieś pół kilometra ciemną, najgorszą częścią Pragi. Mało nie umieram ze strachu i biegnę tak, że na miejscu, w domu, czuję jak z napięcia bolą mnie wszystkie mięśnie: od głowy po czubki palców. Może to tylko histeria, a może po prostu mam dużo szczęścia. Do dziś nie lubię kusić losu. 

Pracuję tam 4 miesiące, potem udaje mi się zmienić pracę. Nie muszę już chodzić na nocki i wracam zwykłym autobusem. 

Czemu Wam to opowiadam? 

Przypomniałam sobie o tej sytuacji, zamieszczając dziś na FB ten post. Te kilka zdań przeniosło mnie dokładnie w to miejsce. To wtedy znalazłam je w nowym kalendarzu, podkreśliłam i siedząc przed komputerem o jakiejś chorej dla mnie godzinie pomyślałam, że muszę iść tą drogą. Pracować mądrzej, a nie ciężej. Nie poddawać się, nawet jeśli nie wychodzi. Pamiętać, że jedynym miejscem gdzie ludzie nie mają problemów jest cmentarz, a przecież tam mi nie po drodze. 

Od tamtych małych decyzji, od tamtych małych myśli, także zależało to, gdzie dziś będę i kim będę. 

Mogłam tam zostać i stwierdzić, że skoro jest jak jest to trzeba się przystosować. Znam wielu ludzi, którzy tak zrobili. Wy też znacie. Ale w tamtym miejscu, w tamtym czasie, stwierdziłam też, że skoro to mi nie odpowiada, to trzeba działać i robić to co w mojej mocy. Nawet jeśli idzie powoli, nawet jeśli efekty moich działań nie są spektakularne, a droga przed siebie naprawdę daleka. 





Czy naprawdę kreujemy swoje życie? 

Tak przyjacielu, przyjaciółko. Kreujemy każdego dnia tym co robimy, tym czego nie robimy, decyzjami, które podejmujemy i tymi, które odkładamy na potem. Związek przyczynowo - skutkowy jest oczywisty. To, że nie na wszystko mamy wpływ, nie oznacza, że nie mamy wpływu na nic. 

Najczęściej poddajemy się dlatego, że nasze oczekiwania są nierzeczywiste: chcielibyśmy zmiany w pół minuty, a to się tak nie da. 

Jacek Stryczek, ze Stowarzyszenia Wiosna, napisał jakiś czas temu o pewnej pani, która podbiegła do niego w sprawie syna, który ma ponad 30 lat, nic nie robi, na niczym mu nie zależy, no i nadaje się mówiąc kolokwialnie "do naprawy". Oczekiwała, że ktoś go weźmie i podłączy do kroplówki z jakimś życiowym prądem. No w sumie nie wiadomo jak: tak żeby zrozumiał i żeby się zmienił. 

Stryczek napisał o tym tak: 

Powiedziałbym, że ci wszyscy, którzy biegają za tym jednym strzałem, za tym dobrym losem w Toto-lotka i za tą jedną, udaną chwilą, która zmienia życie, najczęściej źle kończą. Tak samo jak ci, którzy biorą narkotyki. Ten jeden łut szczęścia, ta jedna udana chwila stają się złudzeniem, a nie fundamentem, na którym można budować życie.

Po latach studiowania Ewangelii odkryłem jej prawdziwą moc. Mieści się ona w tym, kiedy Jezus mówi: „Trzeba wam się powtórnie narodzić”, a więc przez swoje decyzje niejako stajemy się rodzicami samych siebie. To kim jesteśmy, w jakim miejscu się urodziliśmy i w jakich okolicznościach jest tylko początkiem. Później sami możemy z tym coś zrobić, stworzyć siebie przez własne decyzje. (więcej tu)





Zrób coś z tym! 

Zamiast pesymistycznie zakładać, że nie masz na nic wpływu, zajmij się tym, na co masz. Nie czekaj, aż spadnie z nieba. Nie skupiaj się na pretensjach, że inni mają. Nie mów, że świat jest niesprawiedliwy. No i co z tego, że jest? Będzie lepszy od twojego narzekania? 

Jeśli dziś, teraz, jesteś w miejscu, które Ci nie odpowiada, zrób coś z tym! Tak jak ja te 13 lat temu. 

Kto wie gdzie będziesz za te x lat? Kto wie, czy nie przypomnisz sobie tego wpisu, tej manufaktury i nie powiesz -  tak -  to był ten kamyczek, który popchnął mnie trochę we właściwą stronę. Gdybym nie poszedł, nie poszła, to dalej bym tam siedział. 

Warto działać i warto kreować swoje życie. W końcu po to dostaliśmy je we własne ręce. 

A czas? Czas i tak minie. 


Podobało się? Podaj dalej! 


Nie mówi nikomu, co się dzieje w domu -  to hasło równie stare i równie szkodliwe jak to o tym, że domowe brudy pierzemy za zamkniętymi drzwiami. Przemoc jest ciągle obecna i jej ofiarami pada licząc bardzo zachowawczo nawet około pół miliona osób* rocznie. W jakie MITY obrosła przemoc i czemu są one szkodliwe, a nawet zabójcze? 

W poświątecznym internecie huczy od informacji o pewnym radnym z Bydgoszczy, który znęcał się nad żoną. Podobno w imię "chrześcijańskich" wartości. Mam nadzieję, że tego człowieka spotka zasłużona kara i społeczny oraz polityczny ostracyzm, na jaki zasługuje, oraz że kiedyś zrozumie ogrom krzywd, których się dopuścił. Nie chcę się jednak na ten temat rozpisywać, bo temat pali mnie żywym ogniem i wiem, jak wielu osób dotyczy. 

O sprawie radnego szybko zapomnimy, a prawda jest taka, że codziennie, w różnych zakątkach Polski ofiarami przemocy stają się setki, jeśli nie tysiące osób. Zastraszone, stłamszone, często samotne w swoim cierpieniu, nie przebiją się do mediów, ani nawet nie zrobią mega newsa na FB. Kogo interesuje cierpienie pani Krysi, którą mąż bije od 20 lat na podwarszawskim osiedlu, a potem prowadzi za rękę na proszoną kolację? Albo złamany bark pani Ani, która kiedy partner wraca pijany rygluje się z dziećmi na strychu, bo już tyle razy słyszała, że ją zabije, że przestało to na niej robić wrażenie, a nie ma gdzie pójść? 

Takich bezimiennych, samotnych ofiar są tysiące. A my, zamiast pomagać, często zasłaniamy się poprawnością polityczną, umywamy ręce, albo opowiadamy kolejne bzdury na temat przemocy. 

Właśnie tym bzdurom i mitom chcę poświęcić ten test. Może kiedy się z nimi rozprawimy, łatwiej nam będzie reagować i przerywać zaklęty krąg przemocy? 


1. Przemoc to sprawa patologii

Przemoc jest zjawiskiem patologicznym, ale absolutnie nie jest prawdą, że zdarza się tylko w środowiskach, które uznajemy za takie. Jak czytamy w informacjach na stronie Niebieskiej Linii "ludzie doznają przemocy, niezależnie od statusu społecznego, wykształcenia, posiadanych pieniędzy, majątku." Pokazuje to zresztą dobitnie powyższa historia. 

To ważne abyśmy to sobie uświadomili i wspierali ofiary przemocy, bez względu na to, z jakiego środowiska się wywodzą. 


2. Bite kobiety same są sobie winne

Taki komentarz przeczytałam pod jednym z tekstów w powyższej sprawie. Komentujący dodał jeszcze, żeby nie pisać głupot o syndromie ofiary, bo on pojawia się według niego po wielu pobiciach, a nie po jednym, a kobieta, która doświadczyła przemocy powinna odejść już przy pierwszej okazji. 

Och, gdyby rzeczywistość była równie prosta jak komentowanie w internecie! 

Tak, moim zdaniem i będę to powtarzać zawsze, tego nauczę swoją córkę i opowiem o tym wszystkim jej koleżankom, jeśli tego będą chciały słuchać, mężczyzna, partner, czy ktokolwiek kto podnosi rękę na drugą osobę ( bo działa to w dwie strony, kobiety też biją), jest zdyskwalifikowany i to już w pierwszej rundzie. Choćby przynosił kwiaty, czekoladki, diamenty i leżał plackiem w pokucie, jeśli bije, to z dużym prawdopodobieństwem bić będzie. 

ALE! Żyjemy w środowisku, które nie zawsze wspiera taką postawę, a nasza tolerancja dla przemocy jest ogromna. Czy waszym zdaniem popchnięcie to już przemoc? A szturchanie, a nazwanie głupią krową? Zapewniam Was, że rzadko zaczyna się od połamanych żeber, czy siniaków na twarzy. 

Nikt nie jest sam sobie winien, nawet jeśli pozostaje w przemocowym związku przez wiele lat. Winny jest zawsze sprawca, a nie ofiara. 



3. Sprawcy przemocy są bezkarni, nie ma ucieczki

To kolejny, niebezpieczny mit, który utwierdza wielu sprawców w przekonaniu, że nawet jakby, to nic mi nie grozi, z żony (męża), zrobi się wariatkę/wariata - wynajmie dobrego prawnika, albo nastraszy delikwentkę i będzie ok. 

W 2015 roku spośród prawie 12 tysięcy osób skazanych za przemoc domową, wobec 77 proc. z nich (9 217 osób) kary więzienia zostały warunkowo zawieszone, 14 proc. (1 656 osób) usłyszało wyroki bezwzględnego pozbawienia wolności, wobec 7 proc. wymierzono kary ograniczenia wolności, zaś wobec 2 proc. kary grzywny. 

Za znęcanie grozi od 3 miesięcy do 5 lat więzienia, ale sądy rzadko sięgają po wyższy wymiar kary. 

To prawda, że mamy w temacie karania i udowadniania przemocy wiele do zrobienia, ale to nie znaczy, że sądy i policja nic nie robią i że nie warto dochodzić swoich praw w ten sposób. 



Przemoc nie ma nic wspólnego z miłością.
Galeria Plakatu AMS : Przemoc. Twoja sprawa. / Violence. It's your business.
Adam Chwesiuk



4. Przemoc to tylko bicie. Jeśli nic nie widać, nie ma przemocy.

Przemoc to nie tylko bicie, ale także przemoc psychiczna, ekonomiczna, która nie pozostawia śladów. Strach bywa gorszy niż połamane kości i pozostawia blizny na wiele, wiele lat. 

Przemoc ekonomiczna obezwładnia. Jeśli nie masz pieniędzy na PKS do większej miejscowości, to jak możesz marzyć o spokojnym życiu i o odejściu od oprawcy? Za co utrzymać dzieci? Siebie? Gdzie znaleźć pracę, jeśli pod opieką jest np. trójka maluchów? 


5. Kościół katolicki aprobuje przemoc

Nad tym punktem myślałam najdłużej i chociaż mam wiele do zarzucenia kościołowi katolickiemu w tej sprawie (między innymi blokowanie konwencji anty przemocowej)  -  to uczciwie jest stwierdzić, że bicie, łamanie komuś kości, lżenie, czy grożenie śmiercią NIJAK nie da się pogodzić z dekalogiem. 

Jeśli ktoś Wam mówi -  w kościele, czy poza nim -  że to nic takiego, i że dla dobra rodziny TRZEBA to wytrzymać i ratować małżeństwo, wyślijcie go proszę do stu diabłów, albo do mnie - sama to zrobię. 


6. Przemoc to sprawa prywatna, nic nam do tego

Gdybyśmy nie myśleli w ten sposób, uniknęlibyśmy jako społeczeństwo wielu tragedii. Nie można milczeć w sprawie przemocy!! 

Jeśli nie masz cywilnej odwagi, aby sprzeciwić się sprawcy przemocy, albo zapytać o nią ofiarę, możesz zawsze zgłosić ten fakt anonimowo na policji. 

Warto widzieć i słyszeć, bo kiedyś sami możemy potrzebować pomocy. Brak społecznej solidarności z ofiarami, to jedna z przyczyn, dla których o przemocy musimy mówić od tylu lat i przykładanie ręki do ciemiężenia innej osoby. Nie pozwalajmy na to! 


Rozprawiajmy się z mitami na temat przemocy, mówmy jej STOP -  niech to się wreszcie skończy! 


* o statystykach więcej TU





Zapędzeni, zagonieni, stajemy na te 3 dni trochę tak, jakby ktoś zaciągnął nam ręczny. Tymczasem Wielkanoc, oprócz tego, że przypomina o historii sprzed wieków, może być świętem radości i nowego początku. Nie tylko dla Katolików. Nie tylko dla tych, którzy wierzą, że naprawdę można zmartwychwstać. Jak przetrwać święta, odpocząć i nie dać się zjeść ... łyżeczką?


Jak co roku, trochę przekornie, a trochę z głębokiego, wewnętrznego przekonania namawiam do świętowania... po swojemu. Do tego, aby bez względu na to, czy historia, która stoi za Wielkanocą do Was przemawia, czy nie, wziąć sobie z niej to co nam niezbędne i zrobić sobie mały stop na autostradzie życia po której pędzimy. 

Co jest do tego niezbędne? Z pewnością odrobina wglądu w siebie i branie pod uwagę nie tylko tradycji, obostrzeń i obowiązków, ale również własnych potrzeb. 

Nie, to nie jest egoizm. 


Dlaczego święta nam nie wychodzą? TRZY wina!

Nie, nie będzie o piciu ;) Święta nie zawsze wypadają dobrze. Czemu? Z kilku powodów, które kumulują się i napędzają machinę niezadowolenia. 

Po pierwsze (pierwsze WINO ;)) -  Za dużo MUSIMY -  sprzątać, gotować, bywać, obiecywać, pozwalać na niechciane przytyki. 

Po drugie (drugie WINO) -  Za mało wiemy CZEGO nam TRZEBA. 

Po trzecie (trzecie WINO) -  Brakuje nam umiaru

Każda z tych części składowych sprawia, że święta jawią nam się mówiąc kolokwialnie jako czas zapieprzania (okna, kuchnia, zakupy, tłumy w sklepie i wkurw przed kasą), bólu brzucha i krzywych min kiedy w tym stanie ducha siadamy za stołem i wszyscy mamy ochotę na coś zupełnie innego. Na przykład na czwarte WINO -  żeby jakoś lżej przejść przez ten "trudny" czas. 

Jeśli podchodzimy do tego czasu bezrefleksyjnie (zawsze tak robiliśmy, zawsze jest podobnie), to naprawdę trudno się dziwić, że w kółko nam nie wychodzi.

Jak zrobić to inaczej? 


Nowy film - o tym jak przetrwać święta już na YouTube!
Zobaczcie! Mam królika! ;)
Klik! 



Dobre święta? Home made! 

O dobrych świętach, o sensie świętowania i o tym co istotne, mówię w najnowszym filmie, który znajdziecie TUTAJ

Warto zajrzeć, także dla małego, białego królika. O co chodzi? Musicie kliknąć, żeby się przekonać! 

Nawet jeśli czytacie czy oglądacie ten materiał przed samymi świętami i niektórych rzeczy nie da się już odwołać - warto wziąć pod uwagę czego Wam naprawdę potrzeba. Póki te święta nie minęły, nie są jeszcze zmarnowane.



Bajki polecają się również na święta :) Nie masz jeszcze swojego egzemplarza?
To już ostatnia partia :) KLIK 


Czego życzyć na święta?

Tego co niezbędne. Oprócz tego co zewnętrzne, niech będzie trochę sacrum - jakkolwiek je pojmujecie. To możliwe, nawet bez religijnych uniesień. Ostatnio ktoś mądry powiedział mi, że można całe życie chodzić do kościoła i nigdy nie spotkać Boga i ja się z tym głęboko zgadzam. Ze świętością możemy mieć kontakt na różnych poziomach i wiele tych najdelikatniejszych, najbardziej odmieniających przeżyć dzieje się po prostu w przestrzeni naszego serca. 

Nie trzeba nigdzie iść, wystarczy być i widzieć. To może zdarzyć się zawsze, nie tylko w święta, ale skoro teraz mamy ten moment, w którym udaje nam się zatrzymać, wykorzystajmy go. 

Niech ten czas nie będzie tylko momentem roku, w którym ktoś zaciągnął nam ręczny i uderzamy głowę o szybę. Niech będzie w tym lekkość i miłość. Do innych, do świata, ale i do siebie. 

Skoro wszystko wokół się odradza po długiej zimie, to my też możemy. I ja Tobie tego bardzo życzę. 


Wesołych Świąt!

Ps. Podaj dalej! Nie tylko Tobie potrzeba dobrych świąt :) Dziękuję!
×